Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on pinterest
Pinterest

O predyspozycjach do studiów teologicznych (cz. 3)

Gelehrte3.    Predyspozycje intelektualne (1)

Konieczne predyspozycje intelektualne, które najlepiej jeszcze przed studiami teologicznymi należy zdobyć, Tanquereyc19004-2to według ks. Adolfa Tanquereya (1854-1932), jednego z najbardziej wpływowych teologów początków XX wieku, którego dogmatyka i teologia moralna czytana jest do dziś, to:

  1. Zdrowy rozsądek (iudicium sanum),
  2. Pracowitość intelektualna czyli pilność (studiositas),
  3. Kultura filozoficzna (cultura philosophica),
  4. Kultura naukowa (cultura scientifica),
  5. Kultura językowo-literacka (cultura litteraria).

Zważając na fakt, iż ks. Tanquerey powyższe zestawienie cnót intelektualnych sporządził w dojrzałym wieku 53 lat, a zatem dysponując już odpowiednim doświadczeniem dydaktycznym i życiowym, toteż należy założyć, iż nie jest to koncert życzeń młodego idealisty, ale suma doświadczeń dojrzałego teologa z ponad 20 letnią praktyką wykładowcy i naukowca, który wie także to, co dzieje się, gdy ktoś powyższych predyspozycji intelektualnych do uprawiania teologii nie posiada.

Ad 1. Zdrowy rozsądek (iudicium sanum)

Łaciński termin iudicium sanum można oddać po polsku jako „zdrowy rozsądek”, lecz także jako „zdrowy osąd” lub „trzeźwe myślenie.” Chodzi mianowicie o twarde, chociaż nie naturalistyczne, stąpanie po ziemi nie przypisujące każdemu powiewowi liści działania aniołów, demonów lub Ducha Świętego. Niektórych dziwić może fakt, że do seminariów lub do zakonów osoby o bardzo intensywnej religijności i bardzo delikatnej duszy, tzw. „nawiedzone”, nie są zbyt chętnie przyjmowane. Niechęć ta bierze się często z doświadczenia, że osoby nadwrażliwe i „nawiedzone” rzadko kiedy konfrontację z twardą rzeczywistością danej instytucji zniosą, która zawsze jest inna niż nasze marzenia o niej. Konsekwentnie początkowy spirytualizm przechodzi w cynizm, dużą zmysłowość i rozpacz. Bo niestety nie wszyscy wszędzie są święci i dobrzy, choćbyśmy tego chcieli. Osoby obdarzone naturalnym zdrowym rozsądkiem po prostu samych ideałów i rozanielenia spodziewać się nie będą i dlatego ich wyżyny nie będą aż tak wysokie, a niziny aż tak niskie.

degas_taenzerinNie każdy wie, że nabór do szkoły baletowej z prawdziwego zdarzenia odbywa się przeważnie w wieku 8 lat, a o predyspozycjach do tańca decyduje, jak w wojsku, komisja lekarska. Dziewczynki, bo to głównie dziewczynki, które nie posiadają odpowiedniej i raczej atletycznej budowy ciała są wykluczane, ponieważ wychodzi się z założenia, że ich ciało nie zniesie obciążeń związanych z baletem, który jest sportem wyczynowym uprawianym już od wieku dziecięcego. Dlatego też nie każda dziewczynka baletnicą w wieku dorosłym zostanie i to nie dlatego, że za młodu nie była wystarczająco zwiewna i gibka, ale paradoksalnie dlatego, że za młodu nie była wystarczająco atletyczna i stabilna, bo gibkość, wdzięk, wzrost etc. same przyjdą z czasem i z treningiem. Podobnie jest ze zdrowym rozsądkiem w teologii. Człowiek, który na wejściu go nie posiada bardzo szybko się w wyższych stanach teologiczno-intelektualnego przeciążenia, którego życie i teologia mu nie oszczędzi, pogubi, przy czym diabeł z pewnością zrobi swoje. Czasami dobrze jest w jakimś labiryncie teologicznych konstrukcji, wizji i podejrzeń po prostu powiedzieć sobie i innym: „Przecież to jakaś bzdura, absolutnie sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem” i dalej się w to nie zagłębiać. W 99% przypadków tego rodzaju zdroworozsądkowe rozwiązanie okaże się trafne, o ile nastąpiło jako konsekwencja innych zdroworozsądkowych rozwiązań. Oczywiście założenie to występuje wyłącznie w teologii katolickiej zakładającej, że rozum jest wielkim darem Boga, z którego należy szczodrze korzystać (patrz nasz cykl „Wiara (fides) a ufność (fiducia)”.

Ad 2. Pracowitość intelektualna czyli pilność (studiositas)

Zdecydowanie nieklasyczny zwrot studiositas, występujący wyłącznie w dosyć późnej łacinie kościelnej, bo ta wczesna zaczęła się od Tertuliana († 220), określa po prostu „głód wiedzy”, „staranność w zdobywaniu wiedzy”, „pilność” lub cnoty pokrewne. Zainteresowania intelektualne są wymogiem koniecznym do rozpoczęcia studiów, a najlepiej jest interesować się także tym przedmiotem, który się studiuje. Niestety podejście tego rodzaju nie jest zbyt częste i to na różnych kierunkach. Piszący te słowa pamięta ze swoich studiów magisterskich teologii, że klerycy byli zainteresowani głównie tym, jak się z zajęć urwać lub kiedy ich święcić będą, dziewczęta, kiedy za mąż wyjdą, chłopcy, jak się od wojska wymigać, a obydwie płcie świeckich, kiedy będą stypendium płacić. Dotyczyło to rzeczywiście 90% studentów i w sumie dla tych 10 % można byłoby prawdziwe studia urządzić, pod warunkiem, że księża-profesorowie wykazywaliby jakiekolwiek zainteresowania intelektualne obejmujące wykładany przez siebie przedmiot. Brak zainteresowania czymkolwiek był niestety regułą, a przykład szedł z góry, wedle powiedzienia „jaki pan, taki kram”.

CaravaggioHieronxmusschreibend1606Na wyższych stopniach edukacji było ze studiositas nieco lepiej, lecz tam chodziło głównie o zdobycie tzw. tytułu lub „papieru”. Prywatnie ludzie wstydzili się tego, że się czymś takim jak przemiot swej pracy doktorskiej zajmują i zwykle poziom ich pracy o tym wewnętrznym zażenowaniu świadczył. Oczywiście brak pracowitości zdaża się w mniejszym lub większym stopniu na wszystkich wydziałach, a także różnice kulturowe między krajami są tutaj dosyć znaczne („Nie lubimy robić, lubimy się wozić”). Jednak osoby religijne oczekują niestety na studiach teologicznych jakiegoś specjalnego natchnienia, jakiejś wiedzy wlanej, jakiejś wyjątkowej drogi mistycznej, „jak Faustyna”, „jak proboszcz z Ars”, „jak Józef z Kurpentynu”, która zwolni ich od uczenia się suchych, mało atrakcyjnych nieteologicznych przedmiotów lub teologicznych nauk św. Tomasza z Akwinu i to w dodatku po łacinie. Jeżeli jednak tego wyjściowego głodu intelektualnego i tzw. „przysiadu” ktoś zupełnie nie posiada, to szybko na teologicznej drodze dosłownie i w przenośni padnie, a jego pożytek dydaktyczny czy homiletyczny będzie żaden. W zbieraniu informacji i poszerzaniu wiedzy nie ma absolutnie niczego zdrożnego, a twierdzą tak jedynie ci, którzy tego trudu unikają lub innym ich wiedzy zazdroszczą. Podobnie jak ktoś, kto lubi się ruszać prędzej czy później odnajdzie sport odpowiedni dla siebie, tak też ktoś, kto się czymkolwiek intelektualnie interesuje prędzej czy później trafi na odpowiednie dla siebie studia. Dla lubiącego się ruszać sport nigdy nie będzie męką, podobnie jak dla zainteresowanego intelektualnie czyli obdarzonego studiositas zdobywanie wiedzy nie będzie mozołem.

           Ad 3. Kultura filozoficzna (cultura philosophica)

Tak nie dość, że filozoficzna, to jeszcze kultura. Z doświadczenia wynika, że studenci teologii, a zwłaszcza studentki unikają filozofii jak diabeł wody święconej, a raczej są do unikania filozofii przez unikającego wody święconej diabła popychani. Pod cytowanym już twierdzeniem Lutra,[4] że jeżeli do teologii trzeba logiki i Arystotelesa to lepiej teologiem nie zostawać większość znanych nam teologów podpisze się obydwiema rękami. Po kolejnej zgubnej reformie studiów spowodowanej tym razem nie najazdem Tatarów czy Kozaków, a procesem bolońskim z niektórych wydziałów teologicznych w ogóle brzemię studiów filozoficznych zostało zdjęte lub zostało mocno okrojone gwarantując tym samym, że studenci z dogmatyki nie zrozumieją absolutnie niczego, bo nie będą znali znaczenia teologicznych terminów, które się z filozofii wywodzą. Doprowadzi to nie do rzeczywistego zrozumienia problemów, lecz papuziego powtarzania poglądów danego profesora, w czym głównie celują studentki. Wagi filozofii, w której chociaż tego nie wiemy, „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”, parafrazując słynne zdanie z Dziejów Apostolskich, nie sposób nie dość podkreślać. Za prawie każdym terminem wychodzącym poza mowę potoczną kryje się filozofia i ich filozoficzne rozumienie. Bo czym jest materia? Czym jest świat? Czym jest życie? Czym jest sens? Czym dobro i zło? Co jest czym i dlaczego? Ponieważ zatem bez filozofii żyć się nie da, chociaż wielu nie zdaje sobie z jej wszechobecności sprawy, podobnie jak molierowski pan Jourdain z tego, że mówił prozą, to należy wybierać filozofię dobrą i eliminować złą, korzystając z wiarygodnych przesłanek i wiarygodnej metodologii. Przecież teologia nie polega na liczeniu marchewek, lecz dotyczy bytów (A czym jest „byt”?) duchowych (A czym jest „duch”?).

raffael-schule1Powstające chrześcijaństwo napotkało na 600 letnią filozofię grecką, która przebyła już niejeden okres, a w chwili narodzenia Chrystusa przeżywała zarówno przewartościowanie ku temu, co duchowe (ezoteryka, kulty misteryjne, średni platonizm) jak i swoisty upadek wielkich szkół starożytności (platonizm, arystotelizm, stoa, epikureizm, pirronizm). Już w okresie spisywania Septuaginty (ca. 250 przed Chr.) kultura hebrajska musiała zasymilować pojęcia greckie także te filozoficzne, by być zrozumiała także dla samych mówiacym grecką koine Hebrajczyków, dla których hebrajski stawał się powoli martwym językiem liturgii. Także ostatnie księgi Starego Testamentu pisane były już nie po hebrajsku, ale po grecku asymilując również mnóstwo terminologii filozoficznej. I co ciekawe to nie myśl misyjna inspirowała Żydów do hellenizacji swego otoczenia, ale świadomość, że język hebrajski nie oddaje już tych treści, które przekazuje przez pisarzy natchnionych sam Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba. Przejęcie Septuaginty przez Kościół było także częściowym przejęciem myśli greckiej, podobnie jak dorobek pierwszych apologetów, szczególnie św. Justyna († 165), który zasymilował stoicką teorię Logosu. Wśród chrześcijan pierwszego i drugiego wieku trwał przez jakiś czas spór, czy należy całe pogaństwo wraz z filozofią odrzucić, zwolennikiem tego podejścia był Syryjczyk Tacjan († ca. 170) czy też częściowo je przejąć, a częściowo odrzucić, co popierali św. Justyn, Atenagoras, Klemens Aleksandryjski i inni. Kościół przejął częściowo grecką filozofię pogańską, podobnie jak w XII i XIII wieku zasymilował  filozofię nowo odkrytego Arystotelesa, gdyż zakładał, że „przebłyski Logosu”, jak określił to św. Justyn, były także u pogan i poprzedzały Logosa – Wcielone Słowo. Zakładał także to, że samym rozumem do kruchty wiary się dojdzie. Zatem chrześcijaństwo od samych początków było filozoficzne i na filozofii wyrosłe, zawsze różnicując wszakże pomiędzy poziomem samego rozumu i poziomu wiary. Odrzucenie filozofii i rozumowego podejścia do wiary nastało dopiero z prostestantyzmem i w jakiś sposób od przynajmniej 500 lat filozofia od 1517 wzwyż pozostaje poza obrębem teologii. W sumie warto byłoby zgłębić kwestię, czy to filozofia stawała się coraz bardziej ateistyczna i destrukcyjna, czego z pewnością można dowieść, czy też zabrakło na tyle pobożnych teologów, którzy, podobnie jak św. Justyn, Ojcowie Kościoła, św. Albert, św. Tomasz z Akwinu, mogliby czerpać pełnymi garściami z filozoficznego pogaństwa nie ponosząc przy tym żadnej duchowej i intelektualnej szkody. Wydaje się, że jedno i drugie. O ile wiara nie ma stać się fideizmem kultura filozoficzna jest na wstępie do studiów teologicznych zdecydowanie wymagana.

error: Content is protected !!
pl_PLPolski
en_USEnglish pl_PLPolski
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: