Koronawirus i zaćmienie widzialności Kościoła. Czym jest Msza Święta? (4 z 5)

Data

Czym jest Msza Święta?

Polskie słowo msza pochodzi o łacińskiego rzeczownika missa, a ten z kolei utworzony jest o czasownika mittere – „posyłać”. Missa to dosłownie „posłane” rzeczy, sprawy czy troski. Stąd też św. Tomasz pisze:

O Mszy mówi się jakby o przekazaniu czegoś, to jest od ludu do Boga i odwrotnie […]

Missa dicitur quasi transmissa, scilicet a populo ad Deum et e converso (3a, w. 84. a. 4 ad 9)

Nieco trudno oddać powyższą łacińską grę słów po polsku, gdyż tam, gdzie w polskim widnieje rzeczownik, tam w łacinie występuje czasownik, a konkretnie imiesłów (participium perfectum). I tak np. facta, co tłumaczymy na polski jako „czyny”, to dosłownie „uczynione lub dokonane”, co uzupełnić trzeba rzeczownikiem „rzeczy lub sprawy”. I podobnie jest przy missa – dosł. „posłane” i transmissa – dosł. „przeprawione, przekazane, oddane, powierzone”,[1] oczywiście też „sprawy, rzeczy”. Zatem Mszę porównać można do cyrkulacji atmosferycznej: z pary wodnej powstają chmury, z których z kolei powstaje deszcz, który do kolejnego powstania pary wodnej doprowadza. We Mszy (missa) dokonuje się transmisja (transmissa), to jest przekazanie (1) próśb, (2) chwały, (3) dziękczynienia i (4) zadośćuczynienia Bogu oraz zesłanie łask na ziemię ze strony Boga.

Kult nie jest przyczyną sprawczą łaski

O ile jednak unoszenie się pary wodnej jest rzeczywistą przyczyną sprawczą deszczu, to Msza przyczyną sprawczą zesłania łaski nie jest, gdyż łaska zależy od woli całkowicie wolnego i wszechmocnego Boga. I tak św. Tomasz pisze odpierając poniższy zarzut (3a q. 83. 4.7):

Sakrament Eucharystii jest realizowany mocą Bożą (operatur virtus divina) niezawodnie. Zbyteczna jest przeto prośba kapłana zawarta w słowach: „Zechciej, o Boże, te dary ofiarne pod każdym względem” (Quam oblationem) itd.

Jeśliby tak było, to kapłan poprzez słowa konsekracji każdorazowo by za pomocą mocy Bożej (virtus divina), nie własnej oczywiście, wszystkie skutki duchowe sprawiał, wówczas nie trzeba by było Boga już o nic prosić. Byłoby to zaprzeczeniem łaski będącej całkowicie wolnym darem Boga (gratia = beneficjum vel donum gratis datum – łaska = dobrodziejstwo lub dar darmo dany)[2], na który można się przygotować, ale którego nie można w 100% skutecznie na siebie sprowadzić. Pan Bóg co prawda poprzez akt stworzenia i akt Objawienia oraz związany z tym porządek sakramentalny dobrowolnie się ograniczył, wybierając ten, a nie inny porządek zbawienia. Nie znaczy to jednak, że za każdym razem sprawując sakrament nawet w określony przez Boga sposób otrzymamy jego 100% sakramentalnych łask i skutków, tak iż, mówiąc powyższym cytatem z Akwinaty, „prośba kapłana byłaby zbyteczna”, ponieważ przed chwilą sam kapłan sprawiłby to, o co prosi. Jednakże kapłan nie jest przyczyną sprawczą (causa efficiens) sakramentalnej łaski, a co najwyższej przyczyną instrumentalną (causa instrumentalis), gdyż to właśnie on dany sakrament uskutecznia. Upatrywanie w człowieku sprawującym sakramenty lub sakramentalia przyczyny sprawczej ich działania i skuteczności byłoby magią i pelagianizmem. Ponieważ dawcą łaski jest zawsze Bóg, toteż proszony jest On za każdym razem o przyjęcie ludzkich darów lub czynności sakralnych, jak i o zesłanie łask, nawet w wypadku, gdy wiemy, że łaski te otrzymamy, skoro Bóg nam to obiecał. I tak Akwinata w odpowiedzi na zarzut przedstawiony w pierwszym cytacie odpowiada (3a q. 83. 4 ad 7):

[…] Zresztą nie popełniamy nietaktu prosząc Boga o rzecz, co do której jesteśmy pewni, że ją otrzymamy, podobnie jak nie popełnił Chrystus, kiedy prosił Ojca, by Go uwielbił (J 17,1). Poza tym – jak się zdaje – kapłan prosi nie o realizację konsekracji, lecz o jej owocność dla nas. Toteż znamienne słowa: ,,by dla nas stała się Ciałem i Krwią (ut nobis corpus et sanguis fiat)” nawiązują do słów poprzedzających: aby Bóg „raczył te dary pobłogosławić (hanc oblationem facere digneris benedictam)”, zlewając błogosławieństwo na nas – jak tłumaczy Augustyn (PL 120, 1312)- […]

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe wypowiedzi rzec można, że poprzez prawdziwy kult Boży łaski dla świata nie są przez ludzi powodowane, ale z wysokim prawdopodobieństwem upraszane. I stąd kult Boży sprawować należy, gdyż nie jest on dla decyzji Boga ani próżny, ani obojętny. Gdyby Bóg kultu nie chciał, to by się nam nie objawił ani by nie założył Kościoła. Stąd też z pewnością wyjść trzeba z założenie, że przez zaniechanie kultu katolickiego z powodu rzekomego koronawirusa Kościołowi, światu i ludziom czegoś zabraknie.

Czy więcej Mszy daje więcej łaski?

Ale czy więcej daje więcej, w tym rozumieniu, że więcej Mszy i aktów kultycznych powoduje więcej zesłania łaski? Innymi słowy, czy więcej Mszy powoduje więcej duchowych skutków dla obecnych na nich jak i dla świata?

Oczywiście, że tak jest i stąd św. Tomasz stwierdza:

Przez liczne Msze natomiast mnożą się akty ofiarne (sacrificii oblatio), zwielokrotnione więc zostają skutki ofiary i sakramentu (effectus sacrificii et sacramenti). (3a q. 79. 7 ad 3).

Zatem więcej Mszy daje więcej aktów ofiarnych (sacrificii oblatio), jak i więcej skutków ofiary i sakramentu (effectus sacrificii et sacramenti). Jednakże dotyczy to rzeczywiście mnogości Mszy, a nie skutków ofiary i sakramentu otrzymywanych podczas jednej Mszy Św. Znaczy to po prostu, że w celu większego uświęcenia się należy bywać na większej ilości Mszy Świętych nawet jednego dnia, o ile to możliwe. Jednakże w tym samym, cytowanym powyżej fragmencie (3a q. 79. 7 ad 3) Akwinata stwierdza, iż poprzez konsekrację większej ilości hostii podczas jednej Mszy „nie mnożą się skutki tego sakramentu”, mówiąc inaczej „nie ma tam więcej Chrystusa”, gdyż „pod postacią wszystkich i jednej hostii jest jeden Chrystus” (cum sub omnibus et sub una non sit nisi totus Christus). Obojętne jest zatem, czy podczas jednej Mszy konsekrowana jest jedna hostia czy hostii jest sto. Pod wszystkimi tymi eucharystycznymi postaciami podczas jednej jedynej Mszy obecny jest jeden jedyny Chrystus.

Jednakże, jeśli w tym samym kościele odprawianych jest równocześnie kilkanaście numerycznie różnych Mszy, jak miało to miejsce przy ołtarzach bocznych przed Soborem, Chrystus „się mnoży”, bo każda konsekracja sprowadza Go oddzielnie na ziemię. Więc jedna Msza koncelebrowana przez 15 księży = 1 Chrystus, 15 Mszy równoległych = 15 Chrystusów, 60 Mszy odprawianych jednego dnia w jednym sanktuarium np. maryjnym 60 Chrystusów. Przekładając to na duszpasterską praktykę posoborową rzec można, iż na jednej mszy papieskiej Jana Pawła II z setkami czy dziesiątkami koncelebrujących księży i tysiącami rozdanych komunikantów nie było „więcej Chrystusa” niż na jednej jedynej Mszy prywatnej Novus Ordo czy Vetus Ordo, gdyż, jak podaje św. Tomasz (3a q. 82 a. 2):

[… koncelebra nie polega na wielokrotnym konsekrowaniu jednej i tej samej hostii, bo jak mówi Innocenty [PL 217, 873], intencja wszystkich ma być skierowana ku jednej konsekracji, dokonywanej w danym momencie.

Jeśliby wszyscy ci księża z papieżem włącznie odprawili sukcesywnie jedną Mszę po drugiej, to znaczy np. 100 Mszy po sobie, w której uczestniczyliby sukcesywnie wszyscy obecni na stadionie ludzie, wówczas wierni otrzymaliby więcej łask niż podczas jednej Mszy papieskiej, a łaskę otrzymaliby dokładnie proporcjonalnie do ilości wysłuchanych Mszy i świętości odprawiających ją księży.

Msza złych kapłanów

Pytanie, które zwykle pojawia się w tym kontekście brzmi:

A czy Msza odprawiana bardzo zbożnie przez świątobliwego księdza wraz z przestrzeganiem wszystkich przepisów liturgicznych nie daje więcej łask niż Msza złego księdza?

Aby odpowiedzieć na to pytanie należy odróżnić (i) sam sakrament od *(ii) modlitw i czynności dołączonych, tzw. adnexae. Sam sakrament jest taki sam, nawet u niegodnego kapłana po Przeistoczeniu na ołtarzu pojawia się jeden i ten sam Chrystus, natomiast wszystko, co zależy od świętości osobistej kapłana lub osób we Mszy asystujących rzeczywiście na przepływ łaski wpływa. Św. Tomasz ujmuje tę kwestię następująco (3a, q. 82 a. 6 c.)

We Mszy św. należy wziąć pod uwagę dwie rzeczy: sam sakrament, to jest moment główny, oraz modlitwy zanoszone za żywych i umarłych. Z uwagi na sam sakrament Msza odprawiona przez kapłana złego niemniejszą ma wartość niż Msza, którą odprawił kapłan dobry, bo w obu Mszach zostaje zrealizowany ton sam sakrament.

Modlitwę zanoszoną w czasie mszy św. można ująć w dwóch aspektach, mianowicie: jako modlitwę osobistą celebrującego kapłana i jako modlitwę zanoszoną przez tego kapłana w imieniu Kościoła. Skuteczność modlitwy osobistej jest uwarunkowana pobożnością modlącego się kapłana, toteż bardziej owocna jest Msza św. odprawiona przez kapłana lepszego.

Lecz w czasie mszy kapłan zanosi modlitwę z ramienia Kościoła, pełniąc funkcję jego sługi. Sługą tym, jak stwierdzono wyżej przy omawianiu służby Chrystusowej [3a, q. 82 a. 5], jest również kapłan grzesznik. Z tego względu nie tylko modlitwa zanoszona przez  kapłana grzesznika w czasie mszy św., lecz także wszystkie inne modlitwy, związane z jego posługą i zanoszone z ramienia Kościoła, są owocne. Bezowocne są natomiast jego modlitwy prywatne, bo jak czytamy w Biblii „, „kto ucho swe odwraca, by Prawa nie słyszeć, tego nawet modlitwa będzie wstrętna”.

Zatem nie można powiedzieć, że lepiej jest pójść na jedną jedyną Mszę pobożnego księdza i uzyskać przez to więcej łask niż w kilku sukcesywnych Mszach mniej godnych kapłanów. Więcej znaczy rzeczywiście więcej, a ponieważ posoborowie uczy nas, że nie ilość się liczy, ale jakość, więc założyć możemy, że jest dokładnie odwrotnie.

Msze prywatne a przepływ łaski

Piszący te słowa zawsze przeczuwał, że zniesienie mszy prywatnych oraz zmuszanie księży do koncelebry jakoś pozbawiło Kościół i świat łaski, ale do powyższego cytatu (3a q. 79. 7 ad 3) ze św. Tomasza nie znalazł dowodów teologicznych popierających swoje przeczucie. Niestety soborowi reformatorzy powyższą zasadę znali, gdyż byli, jak wszyscy okultyści, „sakramentalnymi realistami”, choć pozornie twierdzili co innego.  Dlatego też znieśli oni msze prywatne, co już dawno temu postulował Luter, i wprowadzili faktycznie obowiązkową koncelebrę.[3] Przy tej ostatniej księdzu należy się pełne stypendium mszalne (kan. 945 § 1), choć faktycznie mało co on robi.[4] I tak obecnie zgodnie z przepisami np. w diecezji wrocławskiej kapłan może jednego dnia uczestniczyć nawet w trzech koncelebrach, to znaczy siedzieć na krześle, dać świeckim czytać czytania, celebransowi Ewangelię, podnieść rękę do konsekracji i skasować trzy stypendia mszalne. Chociaż trynacje (trzy Msze podczas dnia) są wyjątkiem, to binacje (dwie Msze podczas dnia) z koncelebrą są regułą.

Ponieważ więcej Mszy daje więcej łask wiernym w nich uczestniczącym, stąd zrozumiały jest przedsoborowy zwyczaj, pięknie opisany i zalecany przez Marcina z Kochem, wysłuchiwania w miarę możliwości kilku Mszy dziennie. Piszący te słowa wysłuchiwał swego czasu dwóch Mszy dziennie w Fontgombault, jednej cichej i jednej konwentualnej i może skutki duchowe tej praktyki potwierdzić. Siostra na urlopie w klasztorze Maria Engelport także dwóch Mszy dziennie wysłuchiwała i żałowała, że nie ma trzeciej.

Czy owoce Mszy Św. służą tylko na niej obecnym?

Mówiąc o Mszy Św. rozróżnić trzeba wymiar ofiary (sacrificium) i wymiar sakramentu (sacramentum), to jest przyjętej komunii świętej. Wymiar ofiary (sacrificium) ma miejsce podczas każdej Mszy obiektywnie i dotyczy przynajmniej wszystkich fizycznie na niej obecnych lub tych, za których dana Msza jest ofiarowana, choćby fizycznie na niej obecni nie byli. I tak św. Tomasz pisze (3a, q. 79 a. 7 c.):

Innym zaś, tym którzy nie przystępują do komunii św., Eucharystia przynosi pożytek jako ofiara (per modus sacrificii), skoro złożono ją za ich zbawienie. Toteż czytamy w kanonie Mszy św.: „Pomnij, Panie, na sługi i służebnice Twoje. Za nich to składamy Ci tę ofiarę chwały i oni sami Tobie ją zanoszą za siebie oraz wszystkich swoich, w intencji odkupienia dusz swoich, w nadziei zbawienia i pomyślności” (Memento, Domine, famulorum famularumque tuarum, pro quibus tibi offerimus vel qui titi offerunt hoc sacrificium laudis pro se suisque omnibus, pro redemptione animarum suarum,  pro spe salutis etinculumnitatis suae). Oba te momenty znalazły swój wyraz w słowach Pana (Mt 26 i Łk 22): „Krew…, która za was” (qui pro vobis) – mianowicie za was spożywających – oraz „za wielu (pro multis)” – mianowicie wielu innych – „będzie wylana na odpuszczenie grzechów”.

Stąd też nie jest rzeczą konieczną na Mszy komunikować, to jest przyjmować sakrament, by otrzymać łaski mszalne. Ofiara (sacrificium) – to jest należny Bogu akt kultyczny – ma miejsce podczas każdej nawet prywatnej Mszy św. i to nawet wtedy, gdy nie uczestniczy w niej nikt poza odprawiającym ją kapłanem. Mimo to łaski wypływają z niej na Kościół i świat tak jak z każdej Mszy z ludem. Wyobraźmy sobie wodotrysk. Nawilża on atmosferę, miejsce, na które jego krople spadają oraz tych, którzy pod niego wejdą. Ale strumień wody wodotrysku emitowany jest niezależnie od tego, czy ktoś pod nim stoi czy nie. Zważając na zbawienne skutki Mszy prywatnych zrozumiały staje się ich zakaz z roku 2017 w seminariach rzymskich z zaleceniem koncelebry wydany za pontyfikatu Bergoglio. Skoro bowiem więcej Mszy daje rzeczywiście więcej ofiary (sacrificium) dla Kościoła i świata, stąd należało ten proceder ukrócić. Wydaje się też, że jedna msza prywatna może być bardziej łaskonośna sama w sobie od Mszy z ludem, skoro nie ma ludu „tamującego” łaskę z ofiary (sacrificium) wypływającej.  Piszący te słowa usłyszał na studiach z ust księdza profesora relację o praktyce, z której duchowny ten się wyśmiewał, jakoby w „ciemnym” Średniowieczu ludzie dbali o to, by ich kaplicach prywatnych było jak najmniej osób, co czynili dlatego, by łaska mszalna się jakoś nie „rozmywała”. Uważano bowiem, że im mniej osób na danej Mszy jest obecnych tym więcej każdy z nich otrzyma łaski.

Z pewnością tego rodzaje przekonanie panowało, gdyż kaplice prywatne były z reguły małe, także u tych, których stać było na wielkie kaplice lub którzy mieli we własnym pałacu lub blisko niego kościół. Autor uważa powyższą praktykę za bardzo zdrową, gdyż sam stwierdził, że „przepływ łaski mszalnej” jest wprost proporcjonalny do świętości obecnych na niej wiernych. Im świętość zebranych większa, a ich modlitwy podczas Mszy intensywniejsze, tym przepływ łaski większy. Stąd też owocniej odczuwa on Msze konwentualne zakonu od Mszy odprawianej dla parafian i gości, gdzie czuje się jakby wszedł do pomieszczenia z niemym od lat tłumem. Oczywiście są to odczucia wysoce subiektywne, ale teologicznie poprawne. Jeśli można porównać łaskę ze słońcem, to wiadomo, że jasne kolory światło reflektują, a ciemne je zatrzymują. Stąd też ludzie w stanie grzechu ciężkiego nie przyczyniają się do świętości emitowanej przez każdą Mszę, a emitują po prostu samą swoją obecnością brud i ciemność, tym bardziej, że w rejonach autora wszyscy przystępują do komunii. Nic dziwnego więc, że klasztory mają klauzurę, a pewne miejsca i obrzędy dostępne są jedynie zakonnikom. Dzieje się tak dlatego, by mówiąc obrazowo „świeccy im brudu nie nanieśli”, skoro Richalm z Schönthal widział, jak demony przyniesione przez gości mieszały się z demonami klasztornymi. Biorąc to wszystko pod uwagę rzec można, że msza prywatna świątobliwego księdza nawet bez asysty jest w stanie wyemitować światu więcej świętości, gdyż zawarta w niej łaska nie jest tamowana przez zgromadzonych na niej grzesznych wiernych.

Wydaje się, że zasadę tę znali również posoborowi „reformatorzy”, skoro to dopiero po Vat. II Msze i kościoły zostały otwarte na dosłownie wszystkich po to, by je oczywiście zdesakralizować. Może mało kto wie, że w Mszy Trydenckiej katechumeni, to jest nieochrzczeni muszą wyjść po Credo, gdyż z powodu „grzechowego brudu” nie wolno uczestniczyć im w świętych misteriach. W liturgiach wschodnich istnieje do dziś tego rodzaju wezwanie do katechumenów, o czym piszą też pisarze starochrześcijańscy. Zatem Kościół zawsze uważał, że trzeba być na pewnym „poziomie energetycznym”, by w liturgii eucharystycznej, to jest od Ofiarowania wzwyż móc w ogóle uczestniczyć. Szczyt desakralizacji ma miejsce za Bergoglio, przy czym nie mówimy o Pachamamie, ale o biesiadach organizowanych w kościołach, co żywo przypomina ucztę Baltazara. Na skutek ponad 50-letniej desakralizacji kościołów trudno odczuć w nich jakieś „zawieszone sacrum”, skoro tego sacrum coraz mniej, a desakralizacji coraz więcej. I dlatego obecnie łaska znajdująca się w kościołach mało kogo już do nawrócenia przymusza, bo jest jej coraz mniej.

Zatem łaska z każdej Mszy pozostaje w danym kościele, a co jest poza kościołem?

Siłą rzeczy teologowie mało zajmowali się skutkami ofiary (sacrificium) poza murami kościoła, w którym Najświętsza Ofiara jest odprawiana. Z pewnością takie skutki istnieją, gdyż Msza odprawiana jest za wszystkich żywych i zmarłych członków Kościoła, ale też za wszystkich ludzi, nawet niekatolików. Stąd też zmniejszenie ilości Mszy, poprzez zanik i praktyczny zakaz mszy prywatnych po Soborze przykręcił „kurek łaski” dla Kościoła i świata, czego skutki widzimy dzisiaj. Oczywiście zakaz kultu publicznego w okresie rzekomego „wirusa” przykręcił go jeszcze bardziej.

[wpedon id=”24285″ align=”left”]

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Więcej
wpisów

pl_PLPolski
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: