„Karmel” w Wyoming lub kolejna tradycjonalistyczna sekta

Data

Opis smutnego stanu w tradycjonalistycznym klasztorze w Wyoming.
Posłuchaj
5/5 - (7 votes)

Amerykański portal Church Militant zajmujący się głównie tropieniem skandali kościelnych opublikował reportaż na temat tradycjonalistycznego „Karmelu„, który tak naprawdę Karmelem nie jest, mieszczącego się w Rocky Mountains w Wyoming.

Zajawka filmu
Cały film

Dla tych czytelników, którzy nie znają angielskiego streszczamy zawartość filmu i informujemy, że:

  • „Karmel” jest stowarzyszeniem świeckich na prawie diecezjalnym, a jego członkowie nie są zakonnikami z punktu widzenia prawa kościelnego.
  • „Karmel” nie jest członkiem jakiejkolwiek rodziny karmelitańskiej.
  • „Karmel” założyło dwóch byłych zakonników, którzy wyświęceni zostali w seminarium Holy Apostles Seminary z Connecticut, znanego z homoseksualnych skandali.
  • Mistrz nowicjatu miał zwyczaj przytulać się do nowicjuszy i innych mnichów.
  • Mnisi zmuszani byli do wspólnych pryszniców i obnażania się wobec siebie.
  • Mistrz nowicjatu udzielał porad duchowych na osobności siedząc w bieliźnie na łóżku naprzeciw nowicjusza.
  • W klasztorze była siłownia i wszyscy mnisi musieli ćwiczyć.
  • Mnisi otrzymywali suplementy dla kulturystów.
  • Mnisi zachęcani byli przez przeora, by się rozebrać i pokazać jak są wysportowani.
  • Pracowano fizycznie po 12 godzin dziennie.
  • Na modlitwę czasu nie było, nawet nie na różaniec.
  • Panował „zamordyzm” i żelazne posłuszeństwo.
  • Nowicjusz został pobity przez mnicha, którego po opuszczeniu klasztoru zaskarżył i wygrał sprawę w sądzie.
  • Przeor pochodzi z rodziny, która niby to reedukowaną młodzież wykorzystywała do niewolniczej pracy.
  • Duchowość „Karmelu” to mieszanka duchowości benedyktynów, trapistów, kamedułów i kartuzów.
  • „Karmel” sprzedaje dobrą kawę i miał dotychczas dobrą reputację,

Nowicjusz, który wezwał rodzinę, by go stamtąd zabrała, był być może zbyt krótko, by coś poważniejszego mogło mu się przydarzyć, więc możliwe, że nie wiemy wszystkiego.

A jeśli to pomówienia?

To „Karmel” ma na tyle środków, by Church Militant zaskarżyć i dowieść swojej niewinności w sądzie, ale wszystko sprawia wrażenie sprawdzonych relacji. Niestety Msza Trydencka i odrzucenie posoborowia nie są jeszcze gwarantami nieomylności i bezgrzeszności ani też tego, by jakaś wspólnota sektą nie była lub się w taką nie przekształciła. Wierni są tak spragnieni czegoś świętego, surowego i autentycznego, że łatwo dają się uwieść, gdyż nie mają żadnego punktu odniesienia. Jak w przypadku Ruchu Rodzin Nazaretańskich, Opus Dei czy innych tego rodzaju sekt/ruchów „Karmel” z Wyoming stworzony został przy biurku. Dwóch diecezjalnych księży, którzy nigdy karmelitami nie byli, założyło „Karmel”, przypuszczalnie przy poparciu hierarchii, która w swojej diecezji chciała mieć powołania i się za bardzo do mnichów, którzy według prawa kanonicznego zakonnikami nie byli, nie mieszała. Gdyby było inaczej, wówczas te wspólne prysznice, pokazy torsów i 12 godzin pracy dziennie zostałoby odkryte przy porządnej wizytacji kanonicznej. Z drugiej strony zapytać warto, jakimi kryteriami we współczesnym Kościele ocenić tego rodzaju wspólnotę pomijając zdrowy rozsądek i prawo karne?

  1. Do innych Karmeli odnieść ich nie można, bo de facto ani de jure karmelitami nie są.
  2. Do innych posoborowych wspólnot odnieść ich nie można, bo są tradycjonalistami.
  3. Do innych posoborowych ruchów świeckich odnieść ich nie można, bo są zakonem.

Być może ojcowie założyciele to tak zaplanowali, by w razie trudności móc się wykręcić.

„Z jednej strony jesteśmy świeckimi na prawie diecezjalnym, z drugiej jednak zakonem, z jednej strony jesteśmy współcześni, z drugiej strony budujemy nowe, amerykańskie Średniowiecze, a poza tym, wy i tak się na niczym nie znacie, bo jesteście posoborowi, a my nie.”

Jeśli biskup jest szczery i zna poziom innych posoborowych zakonów lub ruchów w swojej diecezji, to z pewnością myśli, że w klasztorze „Karmelitów” w Wyoming aż tak źle być nie może, co najwyżej tak samo, tylko trochę inaczej. Znawca Bractwa św. Piusa X John Lamont pisze, że w USA istnieje wielka tolerancja dla wszelkiego rodzaju sekt, skoro założyciele USA byli właśnie sekciarzami uciekającymi z Europy po to, by na nowym kontynencie praktykować swoją religię. I to właśnie ta mentalność tłumaczy rozkwit FSSPX w USA pod wodzą biskupa Williamsona. Ale także budowanie swego rodzaju „państwa Bożego” przez ks. Urrutigoitiego wydalonego z Bractwa homoseksualistę i drapieżnika seksualnego było faktycznie w diecezji Scranton możliwe, zanim cała prawda wyszła na jaw. Polacy na tego rodzaju dynamikę są również bardzo podatni, o czym świadczy choćby przykład ks. Natanka lub pustelnika o. Daniela z Czatachowej. Wystarczy być przeciw, wystarczy być zwalczanym przez „elity”, wystarczy być oryginalnym, by zyskać opinię świętego.

A tymczasem wszyscy jesteśmy ofiarami posoborowia. Przez „reformy” zerwana została kontynuacja życia monastycznego, gdyż mnisi po 1965 roku żyli już według innej reguły niż mnisi przed 1965. Oczywiście wymagane przez Sobór dostosowanie własnych konstytucji do „posoborowej wiosny Kościoła” przebiegało we wszystkich zakonach bardzo indywidualnie, ale z pewnością w latach 1970 wszędzie na świecie, pomijając takie enklawy jak Fontgombault, była to inna reguła niż w 1950 roku. Przełożeni po Soborze musieli uważać na to, by ich życie zakonne zgodne było z duchem Soboru, a nie z ich własną, zmienioną w międzyczasie regułą czy z duchem założyciela lub założycielki. Zatem do przeszłości odnieść się nie mogli, gdyż ta nie była już miarodajna, do teraźniejszości odnieść się nie mogli, gdyż ta była zmienna, a przyszłości, ku której Sobór kroczył, jeszcze nie było. Stąd zapaść absolutnie wszystkich zakonów, pomijając być może niektóre żeńskie klauzurowe, z którymi Franciszek rozprawia się przez Vultum Domini quaerere, była z góry przesądzona. A ten problem, który przełożeni zakonni mieli na płaszczyźnie wspólnotowo-formacyjnej („Po staremu nie wolno, a po nowemu nie wiemy jak.”) biskupi mieli na płaszczyźnie doktrynalno-dyscyplinarnej („Po staremu nie wolno, a po nowemu nie wiemy jak.”). Dawna dogmatyka istniała jedynie na papierze, podobnie jak dawny kodeks z 1917, który w 1983 zastąpiony został nowym. Dogmatykę stosowano w ujęciu „posoborowo pastoralnym”, nowy kodeks również. Nic więc dziwnego, że po Soborze, przy braku katolickich kryteriów, dopuszczono do powstania tak wielu sekt/wspólnot, które po Summorum Pontificum z 2007 bywały niekiedy tradycjonalistyczne. Biskupi na nie pozwalali, chcąc wykazać się przed Benedyktem, tak jak je obecnie rozwiązują, chcąc wykazać się przed Franciszkiem. Bo władza, to władza.

Niestety przyznać trzeba, że wszelka katolicka hierarchia zatraciła po Soborze dar rozeznawania duchów, a zaślepienie to coraz bardziej się pogłębia, gdyż brak reakcji na poczynania Bergoglio jest każdorazowo dla każdego biskupa kolejnym grzechem ciężkim zaniedbania. Jeśli więc stopniowanie ślepoty jest możliwe, to przedtem byli już ślepi, a obecnie nie widzą już nic i to także ci, którzy nie grzeszą w innej dziedzinie. Jeśli dzisiaj ktoś założy zakon, to niestety nie znajdzie on żadnego biskupa, który byłby w stanie mu pomóc, jego powołanie rozeznać i nim pokierować ani też skierować go do jakiegoś zakonnika słynącego ze świętości, bo takich niestety nie ma. Dotyczy to wszystkich krajów i zakonów, czego dowodzi nasza wizyta w Le Barroux. Oczywiście, że w porównaniu ze skandalami w zakonach czy w seminariach Novus Ordo sytuacja w „Karmelu” w Wyoming to tyle co nic, bo nie ma tam przynajmniej molestowania nieletnich. Jednakże w ten sposób niszczone są wszelkie powołania, które nadal istnieją, przy braku zakonów zdolnych je „zagospodarować”. Młodzi idealistyczni ludzie wyruszają po to, by znaleźć niebo, a kończą „w Gułagu”, jak określił to cytowany przez Church Militant uciekinier, którego zdążyła wyratować jego własna rodzina. Z jednej strony nie będzie odnowy Kościoła bez prawdziwych zakonnych i kapłańskich powołań, z drugiej strony nie ma praktycznie żadnych wspólnot, a po Traditionis Custodes już wcale, gdzie mogłyby się kształcić, kształtować i rozkwitnąć. Natomiast przejście kogoś kształconego w posoborowiu na pozycje tradycjonalistyczne, jak to przydarzyło się piszącemu te słowa oraz arcybiskupowi Vigano, jest tak trudne, że prawie niemożliwe, gdyż łączy się z utratą dosłownie wszystkiego, a zwłaszcza wpływów w hierarchicznym Kościele. Do zakonu, do seminarium lub na teologię ludzie nie idą po to, żeby ciągle się narażać, rozwiązywać intelektualne problemy i walczyć, ale głównie po to, by mieć spokój, utrzymanie oraz powtarzać „jedynie słuszne poglądy” oraz z ambony grozić tym, którym akurat grozić wolno, obecnie za Franciszka „niemiłosiernym homofobom”. Sytuacja ta zmieni się dopiero wtedy, gdy Kościół będzie wszędzie i przez wszystkich prześladowany, jak w pierwszych wiekach, gdyż wtedy napłyną jednostki o innej strukturze osobowości gotowe na męczeństwo. Jeśli natomiast ktoś ma osobowość obecnie szeroko rozpowszechnioną i dodatkowo cechuje go brak troski o prawdę, to on w każdym systemie sobie poradzi, gdyż z góry odgadywał będzie wszelkie pragnienia władzy. Czyni tak obecnie arcybiskup Scicluna, który najprawdopodobniej zostanie prefektem Kongregacji ds Wiary. Za Benedykta XVI uchodził za „dobrego i konserwatywnego” oraz za pilnego tropiciela nadużyć seksualnych. Za Franciszka natomiast jako pierwszy arcybiskup implementował na Malcie Amoris Laetitia, a ostatnio chwali homoseksualizm i dyscyplinuje księży, którzy tego nie czynią.

Kto się tak zachowuje? – Dobry urzędnik.

A co to ma wspólnego z naszym tematem? To, że to właśnie abp. Scicluna i jemu podobni są tymi, którzy ostatecznie oceniają katolickość czyjejś wspólnoty i mogą dyscyplinować biskupów, a z perspektywy obecnego pontyfikatu i priorytetowego zwalczania „homofobii” wspólne prysznice mnichów mogą jawić się jako jak najbardziej pożądane. Może jednak pożądane jedynie w zakonach Novus Ordo, a w Vetus Ordo już nie, chociaż kto wie?

To czy warto gdzieś wstępować?

Raczej należałoby się wstrzymać, gdyż obecnie żadnej stabilności w Vetus Ordo nie będzie, a Ann Barnhardt, która ma podobno informatorów w Watykanie, przepowiada zniesienie wspólnot Ecclesia Dei. A te zgromadzenia, które pod Ecclesia Dei nie podlegają łatwego życia mieć nie będą. Śmierć Franciszka, tak długo, jak żyć będzie Benedykt, niczego nie rozwiąże, a wybór papieża przychylnego Tradycji przy obecnym składzie konklawe jest mało prawdopodobny. Życie zakonne znajduje się jakby na samym końcu „łańcucha pokarmowego” Kościoła i trudno oczekiwać od tak chorego organizmu, by był w stanie wydać z siebie coś zdrowego. Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, włączyć rozum i uciekać, jeśli tylko się da nie licząc na to, że ktoś na obroni.

P.S. Piszącemu te słowa przyszła właśnie myśl do głowy, z którą pragnie się podzielić, że być może ta cała homoseksualno-militarystyczno-kulturystyczna otoczka tegoż klasztoru wywodzi się nie z możliwego homoseksualizmu jego założycieli, chociaż i taka opcja istnieje, ale z zupełnego niezrozumienia, o co z „walce duchowej” chodzi. Na stronie klasztoru karmelici porównywani są z elitarnymi jednostkami amerykańskimi jak Navy Seals, Zielone Berety lub Marines, ale być może założyciele nie całkiem zrozumieli, że jest to tylko przenośnia. Bo wspólne prysznice, ciężka fizyczna praca oraz kowbojskie poganianie bydła to rzeczywiście wojsko lub styl życia, który znoszą ci, którzy znosić go muszą. Być może to budowanie średniowiecznego klasztoru jest po prostu wynikiem acedii, która przejawia się jako hiperaktywizm, w którym chce się coś pokazać i mieć zewnętrzne rezultaty. Podobnie jest w kulturystyce. Jak człowiek ćwiczy, to szybko to widzi i może się innym pochwalić, że w ogóle coś robi.

Ale życie kontemplacyjne polega właśnie na pewnego rodzaju zagospodarowaniu wewnętrznej i zewnętrznej próżni – vacare Deo – „być pustym dla Boga”, ja mawiają kartuzi. Stąd też wymagana praca ręczna uchodzi jedynie za przedłużenie modlitw. Przy takiej bowiem pracy, która nie jest ani fizycznie zbyt ciężka, ani intelektualnie zbyt absorbująca, można się wewnętrznie modlić, czego nie można robić przy obsłudze koparki. Oczywiście niektórych życie prezentowane na stronie „Karmelu” może pociągać, bo lubią się sprawdzić, ile wytrzymają, ale będzie ono jedynie inną formą narcyzmu, niestety częstego u kulturystów i duchownych lub szukania siebie. To z powołaniem naprawdę nic wspólnego nie ma. Mamy tutaj bowiem romantykę:

  • wojskową,
  • monastyczną,
  • pustelniczą,
  • kowbojską,
  • turystyczną,
  • i budowlaną,

co w pewnością niejednego młodego mężczyznę przyciągnie, a ten, który odejdzie będzie oczywiście sam sobie winny, bo za mało twardy.

Mnisi przy pracy

Jeśli przypuszczenia nasze są słuszne, to „Karmel” z Wyoming byłby kolejnym bezpośrednim dzieckiem posoborowego horyzontalizmu, w którym chodzi o wyniki i przemianę materialnego świata tu i teraz. Skoro „ojcowie założyciele” tej wspólnoty monastycznych wzorców nie mieli, ani najwyraźniej też męskich, bo inaczej by tej męskości tak na swojej stronie nie podkreślali. Dlatego wymyślili sobie, jak to wszystko, to jest tradycjonalistyczne życie monastyczne, wyglądać powinno, zbierając wypisy ze swoich ulubionych książek, gdyby wreszcie sami doszli do władzy. I tak mamy to, co mamy. Podobny „system” stworzył ks. Dajczer przy biurku oraz założyciel Opus Dei Josemaria Escriva. Zebrali wszystkie przypisy, stworzyli „system” dla świeckich, który okazał się absolutnie niewykonalny w praktyce. Nie wiemy tego z pewnością, ale zakładamy, że skoro „ojcowie założyciele” „Karmelu” sprawują władzę, to oni już pewnych rzeczy, choćby ze względu na wiek, robić nie muszą, a ich podwładni narażani są na odżywki dla kulturystów i ciągłą frustrację.

Jeśli przypuszczenia nasze są słuszne, to „Karmel” z Wyoming byłby kolejnym bezpośrednim dzieckiem posoborowego horyzontalizmu, w którym chodzi o wyniki i przemianę materialnego świata tu i teraz. Skoro „ojcowie założyciele” tej wspólnoty monastycznych wzorców nie mieli, ani najwyraźniej też męskich, bo inaczej by tej męskości tak na swojej stronie nie podkreślali, toteż wymyślili sobie, jak to wszystko wyglądać powinno, gdyby wreszcie sami doszli do władzy. I tak mamy to, co mamy.

Średniowieczne inspiracje i gigantomania

Ich rozmach budowlany, rozmach budowlany przypomina seminarium FSSPX w Virginii, zwane przez złośliwych „katolickim Disneylandem”, które z pewnością służy ukazaniu własnego rozmachu i wyższości. W Ameryce podobno wszystko jest większe, ale bez przesady. Zauważmy, że planowana katedra „Karmelu”, która przypomina większą wersję katedry w Kolonii, znajduje się naprawdę na pustkowiu. Więc komu będzie służył ten kościół? Większej chwale Bożej? Czy pierwsi mnisi np. z Cluny też mieli tak olbrzymi kościół?

Nowe amerykańskie seminarium FSSPX

Pamiętamy podobne budowle w Polsce z lat 1980-tych i 1990-tych i znamy smutny stan Kościoła w naszym kraju i ucieczkę wiernych. Oczywiście, że istnieją okazałe klasztory i katedry, ale budowano je przez kilkaset lat lub pokoleń, co związane było z organicznym rozwojem danej wspólnoty. Życie duchowe jest trudne, wyników nie widać bardzo długo i na tak długiej i uciążliwej drodze zapewnić sobie też trochę wygody i odpoczynku. Niestety skrajność lubi przechodzić w skrajność, a diabeł skrajności lubi i popycha w kierunku tak wielkiego wycieńczenia fizycznego, a co za tym idzie psychicznego i duchowego, by człowiek czuł się jak w piekle. O niewolniczej pracy „dla sprawy” donoszą wszystkie sekty, więc gdzie tak występuje, występuje i sekta. I potem okaże się, że ci wszyscy mnisi nigdy nie mieli szans na zrealizowanie swojego powołania, gdyż życie, które wiedli monastyczne nie było i to dlatego, że nikt tego nie nadzorował, bo nie potrafił. Niestety sama Msza Trydencka nie jest gwarantem świętości, w przeciwnym razie przed 1970 wszyscy byliby święci i nie było żadnych herezji. Tak dobrze to nie ma.

Darowizna przez Paypal

Podoba Ci się ten blog, masz konto Paypal-Konto i chcesz pomóc? Możesz wybrać dowolną kwotę mnożąc ją przez 20 zł. Bóg zapłać!

20,00 zł

 

Pełen dostęp do treści i komentarzy dla subskrybentów. Zaloguj się lub przejdź do Rejestracji.

 

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 12 Miesięcy

Indywidualna

330,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Więcej
wpisów

You cannot copy content of this page
pl_PLPolski
×
×

Koszyk

Tradycja i Wiara