Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on pinterest
Pinterest

O predyspozycjach do studiów teologicznych (cz. 5)

mid_126574.    Predyspozycje moralne (1)

Odpowiedzialność i siła rażenia teologii

 Każda wiedza daje władzę, gdyż każde pragmatyczne know how („wiem jak”) bierze się w sumie z aitiologicznego know why („wiem dlaczego”), a mówiąc prościej nasze działanie zakłada te a nie inne przyczyny, dla których postępujemy właśnie tak, a nie inaczej. Jeśli zatem „wiem dlaczego”, wówczas „wiem jak”. Zależność postępowania od obranych zasad dotyczy oczywiście wszystkich czynności ludzkich: od zmiany koła w samochodzie począwszy, poprzez projektowanie stron internetowych, a na budowie reaktorów jądrowych skończywszy. O ile od obranych zasad (zmiany koła, programowania, budowy reaktorów) zależą nasze czynności doczesne, o tyle od obranych zasad teologicznych (kim jest Bóg i jak do Niego dotrzeć) zależy nasza wieczność.

Przyjęcie istnienia Bóga zmienia rzeczywiście wszystko, bo nie tylko życie doczesne człowieka, ale także jego życie w wieczności. Jeśli Bóg jest, a jest, i jest Bogiem, to jest Bytem doskonałym i dlatego niezmiennym i wiecznym, gdyż zmienność i czasowość przynależy do bytów stworzonych i przygodnych. Uznanie istnienia Boga i życie z Bogiem w tym życiu powoduje także życie z Bogiem w wieczności i to w zależności od doskonałości wyboru za życia. Dlatego też ostatecznym celem człowieka jest jego wieczność, która będzie albo wieczną szczęśliwością w niebie, albo wiecznym potępieniem w piekle, bo stan czyścca, choć dla większości dłuższy i bardziej bolesny niż sobie wyobrażają, jest stanem przechodnim. Dlatego też przejdzie on prędzej czy później w szczęśliwość wieczną, która w zależności od prowadzonego życia będzie mniejszej lub większej rangi, gdyż w niebie każdy jest szczęśliwy, ale w różnym stopniu, a przy tym nikt sobie wzajemnie tej wyższej szczęśliwości nie zazdrości. O ile skutki robienia czegoś źle, bo bez odpowiedniego know how i know why prowadzą na tym świecie do irytacji, chorób i nieszczęść, co ma miejsce jednak jedynie przez jakieś 70 do 80 lat statystycznego życia, o tyle skutki złej teologii (know why) i złego życia (know how) trwają wiecznie. Dlatego też dobra lub zła teologia ma ze wszystkich dziedzin, zawodów czy nauk największą moc rażenia, bo wieczną. Skutki złej teologii ponosimy bowiem wszyscy w wieczności. Po uświadomieniu sobie tej smutnej prawdy nie każdy będzie się na studia teologiczne pchał, ani też będzie chciał teologię wykładać. „Niech zbyt wielu z was nie uchodzi za nauczycieli, moi bracia, bo wiecie, iż tym bardziej surowy czeka nas sąd.” (Jk 3,1) Piszący te słowa wielokrotnie zastanawiał się nad tym, czy dany prelegent, wykładowca, nauczyciel, ksiądz etc. się nad swoim czyśccem lub potępieniem wiecznym zastanawia, biorąc pod uwagę co i jak głosi. Widocznie nie czyni tego i w żadną konsekwencję swoich słów nie wierzy. Jak opowiadał przy winie pewien włoski profesor teologii i ksiądz na jednej z konferencji: „Ja mówię moim studentom: Nie przejmujcie się tym, ani nie traktujcie tak tego poważnie, co do was mówię. Bo ja sobie to tylko tak mówię”. Najwyraźniej misję kanoniczną, venia legendi oraz święcenia kapłańskie również „tak sobie tylko” od swojego biskupa, który ostatecznie za niego odpowiada, otrzymał.

Oczywiście zarówno w przypadku każdego wiernego jak i każdego profesora teologii istnieje tzw. ignorancja niezawiniona polegająca na tym, że ktoś żyje i działa w dobrej wierze według tych informacji, które, choć błędne, są mu dostępne. Jednak opierając się na tych informacjach czyni obiektywnie źle, jak ci, którzy w dobrej wierze wierzyli w nazizm czy komunizm i się do budowania tych systemu przyczyniali. Uważali, że jest to dobro, ponieważ zostali tak wychowani, ponieważ komuś zawierzyli i nie mieli możliwości porównawczych. O ile działalność społeczna lub polityczna dotyczy głównie aktywności zewnętrznej, o tyle życie religijne dotyczy głównie aktywności wewnętrznej i przemiany własnej duszy. Czy tutaj zła teologia, którą ktoś się w dobrej wierze kieruje, szkodzi? Oczywiście, że szkodzi. O ile działalność zewnętrzna jest dużo łatwiejsza do zweryfikowania, o tyle aktywność wewnętrzna i duchowa jest dużo bardziej ukryta i w sumie nieporównywalna, bo każdy jest rzeczywiście inny. Sytuację takiego człowieka można porównać do kogoś, kto z braku lepszej wiedzy i innych możliwości żywi się całe życie kartoflami, mlekiem i słoniną korzystając od czasu do czasu z owoców sezonowych. Czy od razu umrze? Przypuszczalnie nie, a jego sytuacja zdrowotna zależeć będzie od jego uwarunkowań genetycznych i ogólnej konstytucji fizycznej. Może on nawet żyć dosyć długo, ale będzie cierpiał na choroby i dolegliwości, których by nie miał odżywiając się lepiej i inaczej. A ponieważ nikt nie jest w stanie prowadzić równoległego życia, dlatego też nigdy nie dowie się, jak żyłby, czego mógłby się nauczyć i czego dokonać, gdyby odżywiał się prawidłowo. Wyników dostarczyć może jedynie sekcja zwłok porównująca stan jego organizmu w chwili śmierci do stanu innych organizmów w jego wieku.

Podobnie ma się rzecz z wiedzą religijną. Ktoś nie mając rzeczywiście możliwości poznania wiary prawdziwej czyli katolicyzmu w jego prawdziwej postaci, co dotyczy prawie każdego w obecnych czasach, żyje według tego, co poznać zdołał. Jednak, jak uczy nas teologia oraz wszystkie doświadczenia bliskiej śmierci (NDE – Near Death Experience) wszyscy ludzie, którzy doświadczają swojego sądu szczegółowego relacjonują, że byli oni sądzeni względem pewnej obiektywności, a nie subiektywnej dobrej woli. Dowodzi tego również tego rodzaju przeżycie Glorii Polo, która relacjonuje, że działała w dobrej wierze (np. dając młodym kobietom pieniądze na aborcję) i o różnych rzeczach nie wiedziała (np. że spirala działa wczesnoporonnie). Uważała się za dobrego człowieka i za dobrą katoliczkę, za którą uważali ją także inni, którą jednak faktycznie i obiektywnie nie była. Gdyby umarła w takim stanie, jak sama twierdzi, nie uniknęła by potępienia wiecznego.[6] Nie tylko Gloria Polo ale i teologia twierdzi, że będziemy sądzenie nie z dobrych zamiarów, „miłości”, jak chcą wieczne oazowiczki i kierujący nimi księża, nie z tego, że „odrobiłem zadania, ale zapomniałem zeszytu”, ale będziemy sądzeni z tego, co obiektywne i co obiektywnie było w danym przypadku do zrobienia. Jeśli ktoś tej obiektywności nie osiągnął, a katolicka nauka o łasce mówi, że mógł ją osiągnąć dzięki gratia sufficiens, tj. łasce wystarczającej do zbawienia, wówczas krócej lub dłużej dojrzewa w czyśccu do tego stanu, który był mu przez Boga zadany. W przypadku, gdy jego sytuacja jest beznadziejna, i absolutnie z zadanego programu nie osiągnał, idzie na potępienie wieczne.

Carl_Ludwig_Beutler_(attrib.)_-_Die_Qualen_der_Hölle_(ca.1669)

Negowanie ostatecznej rzeczywistości piekła jest herezją już wielokrotnie potępioną (DH 338, 342, 839, 858, 926, 1002, 1075, 1306). Dla przykładu przytoczymy tu jedynie fragment konstytucji „Benedictus Deus” papieża Benedykt XII roku 1336, będącej jednoznaczną wypowiedzią ex cathedra:

„Ponadto orzekamy, że według ogólnego rozporządzenia Boga dusze umierających w uczynkowym grzechu śmiertelnym zaraz po śmierci zstępują do piekła, gdzie doznają kar piekielnych”. (DH 1102, BF VIII. 110)

Głoszenie tego, że wszyscy się zbawią jest również herezją potępioną już roku 543 przez Synod Konstantynopolski w kontekście orygenizmu, poglądu, który sądził, że piekło ma wymiar czasowy:

„Kan. 9. Jeśli ktoś twierdzi lub sądzi, że kara szatanów i złych ludzi jest tymczasowa i że kiedyś nastąpi jej koniec, czyli że nastapi »apokatastaza« dla diabłów i bezbożnych ludzi niech będzie wykluczony ze społeczności wiernych.” (DH 411, BF VIII.101)

Niestety posoborowy renesans badań nad Orygenesem, którego niektóre nauki wielokrotnie zostały implicite i explicite potępione (DH 298, 353, 403-411, 433, 519, 209, 353, 403, 4110, 4166, 4670), świadczy niekoniecznie o nagłym przypływie miłości do tego wczesnochrześcijańskiego pisarza, ale o woli patrystycznego udowodnienia tezy o nieistniejącym lub pustym piekle (Rahner, Urs von Balthasar i inni). Patrystyczne studia dowodzą jednak wyłącznie tego, że sam Orygenes takie poglądy w swej nauce o apokatastazie głosił, głosili je jego uczniowie, którzy właśnie za to zostali jednoznacznie i wielokrotnie potępieni. Piekło jest i szybko się zapełnia także księżmi i teologami, którzy w nie nie wierzą i takie nauki głoszą.

PurgatoryRównie heretyckie i to w rozumieniu sensu stricto jako negowanie prawdy wiary de fide jest zaprzeczanie rzeczywistości czyścca (DH 838, 856, 4657, 1010, 1487, 1820, 1867, 3554, 1066, 1067, 1304. 1398, 1580). Jako przykład zdefiniowanej katolickiej o czyśccu przytoczymy tu jedynie pytania papieża Klemensa VI. postawione w liście do pragnącego komunii z Kościołem Katolickim katolikosa Armenii Mechitara z roku 1351 będące pytaniem o wyznanie wiary katolikosa:

„8. Pytamy, czy wierzyłeś i wierzysz, że istnieje czyściec, dokąd zstępują dusze umierających w łasce, które jeszcze nie zadośćuczyniły z swoje grzechy przez zupełną pokutę?

Również czy wierzyłeś i wierzysz, że do czasu cierpią one mękę ognia, a potem, skoro są oczyszczone, nawet przed dniem Sądu odchodzą do prawdziwej i wiecznej szczęśliwości, która polega na bezpośrednim widzeniu Boga i na miłości?” (DH 1066-1067, BF VIII. 111)

Specjalnie nie dziwi fakt, że XX wieczna dekonstrukcja teologii zaczęła się od dekonstrucji eschatologii czyli nauki o rzeczach ostatecznych, których obiektywność i realizm najpierw delikatnie podważano, by je w sumie odrzucić. Co ciekawe ofiarą tego podejścia padły tylko piekło i czyściec, w niebo wierzą nawet najtężsi heretycy, jeżeli wierzą wcale. Jeżeli zakłada się bowiem, że po śmierci nie ma nic, że jakoś to będzie, a wszyscy się zbawią, to różnice pomiędzy religiami lub wyznaniami nie mają oczywiście żadnego znaczenia, bo jest to tylko kwestia wychowania lub gustu, których w dobie „dialogu” podkreślać nie należy. Tego rodzaju założenie jest niestety bardzo popularne wśród współczesnych teologów i duszpasterzy. Uważają oni, że piekła nie ma, bo mają nadzieję do niego za swoje własne grzechy nie trafić i dlatego nie widzą sensu, by straszyć nim samych siebie i innych. Podejście to jest zaprzeczeniem nie tylko katolicyzmu, lecz w ogóle jakiejkolwiek religii, gdyż absolutnie każda religia obecnie lub historycznie istniejąca zakłada lub zakładała jakąś formę istnienia po śmierci oraz wieczną odpłatę za czyny dokonane za życia. I już po tego typu eschatologii stwierdzić można do czego obecna katolicka teologia doszła, a mianowicie do praktycznego ateizmu. „Bo przecież nie wiadomo, czy ten Bóg tak naprawdę obiektywnie jest, a jeżeli jest, to jest dobry i nikogo nie potępia, bo przecież Miłosierdzie i Faustyna i Jan Paweł II, że przecież nie można tego wszystkiego tak poważnie traktować, bo nie jesteśmy w Średniowieczu albo przed Soborem .. bo przecież …”. Tego rodzaju argumenty przedstawiane zawsze wysokim, przesłodzonym i fałszywym głosem (patrz uczeni w piśmie w Pasji wdł. Św. Jana Bacha) piszący te słowa wielokrotnie z ust różnych duchownych i teologów słyszał, na wykładach, poza, oficjalnie i prywatnie. Tego rodzaju poglądy służą jednak głoszącym je głównie do usprawiedliwiania własnych grzechów i to ciężkich, bo trudno przecież na dłuższą metę żyć inaczej aniżeli w to, w co się wierzy. Ktoś powiedział mu nawet: „Jeśli to by się zgadzało, co mówisz, to musiałbym zmienić całe moje życie,” a mówiący te słowa zdecydowanie miał się z czego nawracać.

[6] http://www.voxdomini.com.pl/sw/gloria_polo.htm

error: Content is protected !!
pl_PLPolski
en_USEnglish pl_PLPolski
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: