Tradycja i Wiara

Nasze Subskrypcje - Tanio jak nigdy

Miesięczna online

19,90 zł

3 dni próby gratis
Subskrybuj

Roczna online

199 zł

7 dni próby gratis
Subskrybuj

3 miesiące przelewem

60 zł

Przelewem z góry
Subskrybuj

6 miesięcy przelewem

120 zł

Przelewem z góry
Subskrybuj

12 miesięcy przelewem

240 zł

Przelewem z góry
Subskrybuj

Rodzinna miesięczna

Online do 6 osób

29,90 zł

3 dni próby gratis
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Online do 6 osób

349 zł

7 dni próby gratis
Subskrybuj

Czym jest konkretnie dziewictwo? 1. Castitas, verecundia i pudicitia.

Posłuchaj
Oceń post

Pewien nasz czytelnik zadał nam pytania dotyczące definicji dziewictwa, kwestii czystości oraz ślubów czystości. Ponieważ kwestie te mogą interesować także innych czytelników, dlatego odpowiemy na nie w formie wpisu. Pisząc to w dniu 16. Sierpnia 2016 w dniu św. Joachima, ojca NMP, według dawnego kalendarza liturgicznego,  konstatujemy, że diabeł naprawdę dziewictwa nie znosi, gdyż właśnie w tej chwili  mamy takie problemy komputerowe, których racjonalne wyjaśnienie za pomocą rachunku prawdopodobieństwa jest naprawdę trudne.  Zatem im więcej trudności, tym więcej duchowego pożytku.

Czym jest czystość (castitas)?

Omawianie problematyki dziewictwa wchodzi zakres szerszy, a mianowicie w zakres cnoty czystości (castitas). W tradycyjnym ujęciu teologii katolickiej, które podajemy tutaj za teologią moralną Hermesa Peetersa OFM,[1]

„uporządkowany popęd płciowy skierowany jest do zachowania gatunku ludzkiego. W tym celu Bóg stworzywszy mężczyznę i kobietę przekazał im ciężar i obowiązek (onus) i zaszczyt (honor) współpracy z samym Bogiem kontynuowania (continuandi) w pewien sposób stworzenia oraz prokreacji (procreandi) nowych ludzi.”[2]

Zatem płodzenie potomstwa nie jest rozrywką, ale współpracą w dziele stwórczym Boga, będącym jednak nie aktem stwórczym w rozumieniu stworzenia z niczego (creatio ex nihilo), gdyż to potrafi jedynie sam Bóg, a kontynuacji (continuatio) stworzenia, które kiedyś się przecież zaczęło. I dlatego to dzieło kontynuacji stworzenia, która w przypadku ludzi związane jest z przekazaniem przez Boga duszy nieśmiertelnej w momencie zapłodnienia, jest czymś, co wymaga stabilnych i świętych ram. Ram monogamicznego małżeństwa, w którym czynności prokreacyjne mogą mieć miejsce. I jedynie w takim małżeństwie, to jest w monogamicznym i dozgonnym wolno „pobłażać temu instynktowi” (huic instinctui indulgere), jak ujmuje to o. Peeters.

Piszący te słowa miał znajomego, który w wieku jakichś 32 lub 33 lat po dziesięciu dniach (sic!) znajomości z dziewczyną został niespodziewanie dla siebie ojcem, bo doszło do zapłodnienia i zapytany, czy nie wiedział, że z tego biorą się dzieci i takim jest zasadniczy cel seksu, odparł, że teoretycznie wiedział, ale mu to praktycznie do głowy nie przyszło. Jeżeli jednak każdy przed aktem seksualnym, oczywiście małżeńskim, pomyślałby, że z tego może powstać dziecko, nowy człowiek, a dusza nieśmiertelna zsyłana jest przez Boga z nieba w momencie zapłodnienia, to inaczej by do tych spraw podchodził, żeby już nie wchodzić w szczegóły.

I ponieważ możność kontynuacji stworzenia jest tak święta, a instynkt płciowy może być tak bardzo niszczycielski, czego obecnie jesteśmy świadkami, a „weterani seksu” chętnie nam potwierdzą, dlatego też sfera ta obwarowana jest tak wieloma zakazami.  A skoro jedynym miejscem realizacji popędu seksualnego jest małżeństwo, popędu zatem, który, wedle tradycyjnej teologii katolickiej, służy prokreacji, do której, jak uczy życie, zawsze dojść może, dlatego Kościół poza aktami małżeńskimi obowiązuje wszystkich do czystości (castitas), która istnieje w formie:

  1. Czystości pozamałżeńskiej (castitas extra-matrimonialis) oraz
  2. Czystości małżeńskiej (castitas matrimonialis)

A ponieważ, jak podaje o. Peeters,

„z instynktem tym związane jest tak ważne zadanie, jakim jest kontynuacja stworzenia, dlatego też instynkt ten uczyniony został przez Boga tak intensywnym i związanym z wielką rozkoszą lub przyjemnością”.[3]

Polskie wyrażenie „rozkosze cielesne” będące tłumaczeniem łacińskiego delectationes corporales, mówi przecież samo za siebie, że są to właśnie rozkosze i przyjemności, a nie przykrości. Ponieważ podczas orgazmu, czyli szczytowego punktu aktów seksualnych, uwalniana jest duża ilość dopaminy,[4] nazywanego w przybliżeniu hormonem szczęścia oraz innych hormonów, dlatego seks jest tak bardzo przyjemny i tak bardzo uzależniający. Im bowiem coś więcej dopaminy wyzwala, tym bardziej uzależnia. Czy seks jest jak narkotyk? Nie, seks jest narkotykiem.[5] I to takim, który każdy poprzez popęd nosi w sobie i nie potrzebuje go, inaczej niż w przypadku alkoholu czy narkotyków takich jak heroina, kokaina czy morfina, doprowadzać z zewnątrz. Ale nie zamierzamy w tym miejscu opisywać biochemii seksu, a dowieść, że seks jest dlatego tak przyjemny, ponieważ jest biochemicznie tak skonstruowany. A ponieważ jest tak przyjemny, dlatego też tak bardzo uzależnia, gdyż jak się już zaczęło, to trudno przestać. I nie mamy tutaj na myśli seksoholizmu, ale po prostu utratę czystości. A ponieważ każdy uzależniony człowiek reaguje bardzo agresywnie i irracjonalnie, gdy ktoś zamierza odebrać mu przysłowiowe „pół litra”, dlatego zrozumiałe są zjadliwe komentarze na prezentowane przez nas tematy. Ludzie trzymają się seksu jak pies kości, bo co im z życia zostało?

I z tych to przyczyn, a mianowicie z rozdzwięku pomiędzy świętym zadaniem prokreacyjnym, a przyjemnością z tych czynności wynikającą, istnieje wielkie moralne niebezpieczeństwo, mianowicie grzechu ciężkiego i potępienia wiecznego, wynikające z nieuporządkowanego używania popędu, który, jak podaje o. Peeters, „wywraca porządek racjonalny” i „pragnie podporządkować sobie to, co duchowe”.[6] Jakie nieszczęścia z nieokiełznanego instynktu rozrodczego wynikają, wiemy chyba wszyscy. I dlatego, jak podaje o. Peeters,

„unikać należy nie tylko nadużycia, w rozumieniu złego użycia (abusus), tego instynktu, lecz także wszystkiego tego, co go pobudza i stymuluje go ponad użytek dozwolony (licitum usum).”[7]

A co jest dozwolonym użytkiem? Płodzenie potomstwa. Chociaż Kościół nie poszedł za ich opinią, to jednak sporo pisarzy chrześcijańskich i teologów, jak np. Klemens Aleksandryjski, a szczegółnie św. Hieronim uważało, że współżycie małżeńskie służyć ma wyłącznie dla spłodzenia potomstwa. I bywali małżonkowie, którzy po spłodzeniu pożądanej ilości potomstwa, np. ósemki, po prostu z aktów małżeńskich rezygnowali i to nie dlatego, że „nie było wtedy środków”, jak mówi prosty lud, ale dlatego, że chcieli oddać się życiu duchowemu, także w małżeństwie, a widocznie seks im w tym przeszkadzał. Istniały też święte, jak np. Franciszka Rzymianka czy Salomea, które namówiły swoich mężów na śluby czystości. Nieczęsto to bywało, ale bywało i musiało być to od strony mężów przecież czymś dobrowolnym. Najwyraźniej ich związek nic na tym nie tracił, a jedynie zyskał, bo przecież małżeństwem pozostali.

Czym jest czystość?

„Czystość (castitas) jest”, wedle Peetersa, „cnotą regulującą instynkt płciowy”.[8]

„Czystość (castitas) jest skromnością/wstydliwością/powściągliwością (verecundia) względem samego siebie i innych, odnoszącą się do wszystkiego tego, co dotyczy przekazywania życia”,[9]

jak pięknie definiuje o. Peeters.

Ponieważ żyjemy w mało aseksualnych czasach, dlatego terminy teologiczne oznaczające to wszystko, co się z dziewictwem i celibatem wiąże, pozostają w sumie niejasne, nieostre, nieznane lub jawią się jako śmieszne. Bo „czystość” kojarzy się w polskim po prostu z higieną osobistą, „skromność”  z rumieniącą się panną w zgrzebnej sukni i wysokich podkolanówkach, „wstydliwość” ze spaleniem raka, czyli z rumieńcem, a „powściągliwość” z niedobieraniem sobie trzeciego schabowego na proszonym obiedzie. Dlatego też korzystając z polskiej terminologii umieszczać będziemy łacińskie nazwy w nawiasach, ponieważ te ostatnie są precyzyjnymi terminami technicznymi o niekiedy bardziej sprecyzowanym znaczeniu i węższym zakresie pojęciowym niż nazewnictwo polskie. Bardzo prosimy o zapamiętanie tej terminologii, gdyż będziemy się nią posługiwać. Piszący te słowa frekwentował wszystkie wykłady z teologii moralnej szczegółówej na swoich studiach teologicznych, bo niestety musiał, a o czystości (castitas) , ani o skromności (verecundia) w jej katolickim rozumieniu nie usłyszał albo w ogólnie posoborowo-pastoralnych słowach, które znaczyły wszystko i nic, jak owo sławne „powołanie do małżeństwa”.

„Owa skromność (verecundia) przynagla człowieka do rozważania przekazywania życia i wszystkiego, co pozostaje do tego w relacji, jako świętego obszaru panowania Boga (dominium sacrum Dei), do którego nikt niech nie waży się przystępować, jak tylko poprzez prawa Boże”.[10]

To piękne zdanie o. Peetersa OFM wymaga kilku słów wyjaśnienia. Otóż jeżeli uświadomimy sobie, że poprzez wszystko to, co pośrednio lub bezpośrednio do seksu zmierza, powołamy na ten świat nowych ludzi, nowe dusze, za które przecież będziemy przez całą wieczność przed Bogiem odpowiadać, bo poniesiemy tego konsekwencje, to naprawdę będziemy zupełnie inaczej do tych kwestii podchodzić i powściągliwość (castitas) przychodzić nam będzie łatwiej. Przecież rodzice będą rozliczani także pośrednio z grzechów swoich dzieci. Oczywiście dzieci grzeszą same na własne niejako konto, ale ile prawd wiary i jakie wzorce im przekazaliśmy? Podobno jest tak, co twierdzi Maria Simma, że łatwiejszy los w czyśccu mają te dusze, które dobrze, czyli wedle przykazań religii, wychowały swoje dzieci. I prawdopodobnie te dzieci się za nie też modlą i ofiarują. Zatem odwrotnie musi być tak samo, że rodzice, którzy napłodzili, a nie wychowali, ponoszą za to karę, czyśccową albo wieczną w piekle. I dlatego nie ma racji, nasz polski krzewiciel i orędownik seksu małżeńskiego ks. Pawlukiewicz, który mówi, że dlaczego nie więcej płodzić i ziemię zaludniać, a na Sądzie Ostatecznym małżonkowie rozliczeni będą z tego, że płodzili za mało. Miejmy nadzieję, że ferując takie wyroki sam ks. Pawlukiewicz celibatu kapłańskiego przestrzega i własnych dzieci cielesnych nie posiada. Ale przecież celem ostatecznym jest zbawienie własnej duszy, która ponosi w wieczności konsekwencje własnych czynów, a dzieci to przecież nasze czyny i to nie tylko w momencie zapłodnienia, ale całego długoletniego procesu wychowania. Jakoś ludzie dzieci chcą mieć, ale nad konsekwencjami duchowymi i moralnymi się nie zastanawiają, potem, „to już nie moja wina, koledzy, towarzystwo, jakoś sam za siebie zadecyduje, nie obchodzi mnie, etc.”. To przecież bardzo krótkowzroczne. A przecież to olbrzymia odpowiedzialność i obowiązek. Skoro wszystko, co dotyczy przekazywania życia to dominium sacrum Dei. Słowo dominium  oznacza „obszar panowania władcy”, a dalsze znaczenia to „władza, panowanie, zwierzchność, prawo posiadania i używania”. Zatem kwestie płodności bierzemy niejako od samego Boga w dzierżawę i on nas z tego rozliczy, gdyż „jest to ziemia święta”. A ponieważ jest to sfera tak święta i odpowiedzialna, dlatego jest ona tak bardzo obwarowana zakazami i nakazami, a jedynie w sakramentalnym małżeństwie chrześcijanie mogą się czynności prokreacyjnych podejmować.

„I dlatego skromność (verecundia) względem świętości przekazywania życia skłania człowieka nie tylko do zachowywania wszystkich praw, którymi Bóg otoczył swoje dominium, ale także do szacunku względem własnego ciała i ciała któregokolwiek z bliźnich, w tym co w jakikolwiek sposób odnosi się do tej sfery. Tam bowiem, gdzie brakuje skromności (verecundia), czystość (castitas) jest w wielkim niebezpieczeństwie”.[11]

Święte słowa i zauważmy, iż czystość i skromność bierze się po prostu z szacunku do samego siebie. A niestety przelotny seks, zwłaszcza niestety bardziej u kobiet niż u mężczyzn, wynika z kompleksów niższości oraz z woli samozatracenia moralnego, co nam niejedna weteranka życia nocnego raczej po pijanemu, a wtedy szczerze, poświadczy. Brak szacunku do siebie oraz do bliźnich, których także chcę pogrążyć ma odzwierciedlenie także w języku. Zauważmy, iż w prawie każdym języku te same wulgaryzmy używane są na określenie stosunku seksualnego, jak i na zrobienie komuś krzywdy, zranienie kogoś, pobicie kogoś, szkodzenie komuś etc. Dlaczego? Ponieważ tak to bywa, głównie po stronie męskiej, postrzegane i dlatego gwałt jest przede wszystkim formą przemocy, dominacji i upokorzenia za pośrednictem czynności seksualnych. Ale nie tylko przy gwałcie tak bywa, termin „posiąść kogoś” jest przecież literackim ekwiwalentem stosunku seksualnego, bo właśnie o posiąście w rozumieniu dominacji i zaznaczenie swojego niejako „rewiru” chodzi.

„Ta skromność (verecundia) objawia się we wstydliwości (pudicitia), która jest naturalnym stróżem czystości (castitas). Człowiek wstydliwy (pudicus) łatwiej unika pokus, a tam, gdzie jej nie ma, łatwiej zwalczana jest czystość od strony wewnętrznej i zewnętrznej.” [12]

Z doświadczenia wynika, że ludzie niewstydliwi zaczynają się w towarzystwie wstydliwego wstydzić i w zachowaniu powściągać, chyba dlatego, że prezentuje im lustro, w którym się przeglądają. Wstyd (pudicitia) będąc cechą dzieci, ale i zwierząt, jest naturalnym instynktem. Jeśli się go straci, do czego niestety dąży współczesny wychowanie, wówczas staje się na równi pochyłej. Każdy się czegoś wstydzi, gdyż wstyd bywa niejako przenoszony na inne poziomy, np. braku lepszego samochodu, wykształcenia, modnego ubrania, zarobków, etc. Ponieważ większość ludzi jednak nie jest psychopatami i nie cieszy ich robienie krzywdy innym, dlatego zwykle sprawdza się stwierdzenie typu:

„proszę tego nie robić, nie czuję się z tym dobrze, to się sprzeciwia moim wartościom, wychowaniu, religii, jest to poniżające i obraźliwe, etc.”

Po takiej deklaracji jakieś 90% osób zaprzestanie takich zachowań, a reszta się prędzej czy później znudzi widząc brak skuteczności. Najbardziej działa jednak nie moralizowanie, ale wyśmianie albo przewrócenie oczami z komentarzem:

„Dorosły człowiek, a poziom siódmej klasy szkoły podstawowej. I taki pozostaje. Etc.”

Natomiast w przypadku bezwstydnych kobiet zawsze działa wymienienie ich

  1. braku urody,
  2. zaawansowanego wieku oraz
  3. głupoty,

bo zwykle w jedno się trafi, gdyż niewiasty posiadające (a) do (c) napastliwe nie są, bo nie muszą. Oczywiście tego rodzaju mechanizmy obronne stosować trzeba z umiarem i w sytuacjach skrajnych, ale są one skuteczne, bo każdego gdzieś boli, a my mamy prawo do zachowania naszej wstydliwości (pudicitia), skromności (verecundia) i czystości (castitas). Natomiast od wszystkiego powyżej jest prawo karne i artykuły o molestowaniu seksualnym, także werbalnym.

[1] Peeters, Hermes O.F.M., Manuale Theologiae Moralis, Vol. II, Pars Specialis, Roma: Marietti 1962, 236-277.

[2] Tamże, 236.

[3] Peeters, dz. cyt., 236.

[4] http://scienceblogs.com/cortex/2008/02/12/dopamine-and-orgasm/

[5] http://www.livescience.com/46762-sex-addiction-and-drug-addiction-linked-in-the-brain.html

[6] Peeters, dz. cyt., 236.

[7] Tamże.

[8] Peeters, dz. cyt., 236.

[9] Tamże.

[10] Tamże.

[11] Peeters, dz. cyt., 237.

[12] Tamże.

Translate

Reklama

Ostatnie wpisy

Komentarze

Popularne

Ks. Arndt - Zestawienie odpustów nieautentycznych: 15 Modlitw św. Brygidy (całość)
Świadectwo: Moje doświadczenie z 15 Modlitwami św. Brygidy
Czy ks. Dariusz Olewiński - Katolicki teolog odpowiada - jest rzeczywiście kapłanem archidiecezji wiedeńskiej?
Ponowne święcenia kapłańskie ks. Jacka Bałemby SDB. Kapłaństwo jako takie (1 z 4)
Czyżby kolejny łańcuszek? 12 "złotych piątków"
Teologia ruchu lub "a teraz przyniosą wiadro"

Archiwa

Hierarchicznie
Chronologicznie

Podziel się

Reklama

Nasze Produkty

Datki

Darowizna przez Paypal

Chcesz pomóc przez Paypal? Wybierz dowolną kwotę. Jeśli możesz, przejmij opłaty Paypal, to więcej do nas dotrze. Dobroczyńców zapewniamy o modlitwie. Bóg zapłać!

20,00 PLN

Możliwość komentowania dla zalogowanych użytkowników.

You cannot copy content of this page

pl_PLPolski
%d bloggers like this: