Czas lektury/odsłuchu: 4/7 min
Dzisiaj obchodzimy Wielki Czwartek – święto kapłaństwa. Dlatego też przedstawimy dwa wpisy poruszające ten temat. Autor zastanawia się, jak księża mogą jeszcze domagać się jakiegokolwiek szacunku dla samych siebie zważywszy na to, co sami, ich bracia w kapłaństwie, ich biskupi i papieże wyprawiają.
Jakoś nie słychać o inicjatywach kapłańskich pokuty za grzechy innych kapłanów, nie widać żadnych procesji kapłanów – biczowników, nie znać skutków długotrwałych postów.
To prawda, że „raptem” tylko 5-7% jest pedofilami, jakieś 60% homoseksualistami, a ponad 80% heteroseksualistów nie zachowuje celibatu, co już przed laty wykazał prof. Baniak. Mimo to teoretycznie przyjąć można, że jest jeszcze w każdym kraju kilku przyzwoitych nie podpadających pod żadną z powyższych kategorii. Tak każe krzywa Gaussa, która zawsze ma rację.
Ale nawet ci „porządni” widać się niczym nie przejmują ani swoją własną odpowiedzialnością za dusze wiernych ani piekłem ani długim i ciężkim czyśćcem. Przecież to oni będą ponosić kary za to, że ani Bergoglio ani swoich biskupów nie napiętnowali, gdy chodzi o wiarę. Okazuje się, że rzeczywiście wszyscy wszystko wiedzą, a to o Gulbinowiczu, a to o Sapiesze, a to o aktach kardynała Wojtyły w IPN, ale nikt nic nie mówi. Księża bardzo między sobą plotkują, są gorsi w tym względzie od kobiet, bo gdzieś muszą się wygadać, więc nie łudźmy się, że o czymś nie wiedzą. Powstaje pytanie: Jak mogą żyć z taką świadomością, że od dziesięcioleci ksiądz-pedofil przenoszony jest na inne parafie, gdzie znowu gwałci dzieci.
Ale nie o tym będzie teraz mowa, ale o liturgii. Poniżej przedstawiamy smakowity kąsek, którego od czytających i współpracujących z nami księży nie mogliśmy się doprosić. Jest to artykuł amerykańskiego jezuity na temat tego, co ksiądz od ołtarza widzi i jak sam na Novus Ordo reaguje. Jezuita jeszcze tradycjonalistą nie jest, ale po tym, co przeżywa być może tak skończy.
Piszący te słowa na początku swojej tradycjonalistycznej drogi przeczytał gdzieś o frustracji księży Novus Ordo wpatrujących się w niesamowicie znudzone twarze swoich parafian. Pomyślał wówczas, że oni rzeczywiście to widzą i że ich to rzeczywiście frustruje. Autor jakoś się łudził, że jego grymasy i znudzenie pozostają na innych niewidoczne, a niestety tak nie jest.
Gdy sam uczył sfrustrowanych twarzy nie widział, bo się do swoich zajęć bardzo przykładał, by właśnie własnej i cudzej frustracji uniknąć. Przypominało to kręcenie korbką podłączonej do koła zębatego o słabym przełożeniu: im więcej kręcenia przez wykładowcę, tym więcej aktywności studentów.
W przypadku nauczyciela sprawa jest prosta:
Jeśli się Twoi uczniowie nudzą, to jest to Twoja wina.
W przypadku liturgii sprawa jest trudniejsza, bo jeśli liturgia Novus Ordo zatwierdzona przez Kościół jest obiektywnie dobra, absolutna i uświęcająca, a ksiądz robi wszystko, co trzeba, winni są parafianie, którzy się na niej nudzą, nie kapłan.
Skoro jednak wszyscy parafianie na całym świecie reagują tak samo, to błąd musi być systemowy, do czego większość księży Novus Ordo przyznać się nie chce, podobnie jak nasz amerykański jezuita. Jego podejście przypomina nieco poglądy komunistów sprzed upadku systemu:
to nie socjalizm jest winny, ale ludzie, którzy go nieodpowiednio wdrożyli.
Dzisiaj już wiemy, że winny jest socjalizm, nie ludzie, bo nie sprawdził się dosłownie nigdzie, o czym Chińczycy i Południowi Koreańczycy też się kiedyś przekonają.
O. Robert McTeigue SJ opisuje sytuację amerykańską, która się jeszcze trochę od polskiej różni, ale tendencje są te same. Jego tekst ukazuje, że Novus Ordo jest naprawdę niereformowalny, że prowadzi do zeświecczenia i ateizacji najpierw duchownych, a następnie wiernych. Trudno zachować wiarę w Boga oraz w sensowność własnych poczynań doświadczając od ołtarza tego, czego stale doświadczają księża. McTeigue opisuje piątkowe lęki księdza, przypuszczalnie samego siebie, przed weekendowymi mszami i tym, co się też na nich wydarzyć może. To musi być straszne bać się swojej zasadniczej pracy.
Księża zostali przez Novus Ordo postawieni w niewdzięcznej roli konferansjerów, prowadzących imprezy, show men, którym jednak nie wolno pisać własnych tekstów. Nie każdy bycie w centrum zainteresowania lubi lub potrafi poprowadzić imprezę z estrady – prezbiterium. Przed Soborem niektórzy księża byli z pewnością nieśmiali, bali się ludzi i cieszyli się, gdy mogli głosić kazania z ambony nad głowami wiernych. A mimo to byli wyświęcani i dobrze sprawowali swoją posługę, bo w kapłaństwie nie chodzi o estradę, ale o dusze.
Ci z nas, którzy są ekstrawertykami, lubią być w centrum zainteresowania oraz chętnie nawiązują kontakt z ludźmi nie są w stanie wczuć się w sytuację tych, którzy są zwróceni ku sobie i nieśmiali. Zwykle ekstrawertycy zbyt głębocy nie są, przez co Kościół dzięki Novus Ordo pozbawił się tych introwertycznych powołań, którzy w Nowej Mszy odnaleźć się nie potrafią. Pozostali w nim ekstrawertycy z tendencją do narcyzmu, co wiele spraw tłumaczy.
Dawna nauczycielka śpiewu autora opowiadała mu o „dobrych radach” udzielanych w szkole aktorskiej początkującym aktorom. Zalecano im, by pijąc whisky i paląc dużo papierosów lub stosując inne techniki obniżyli sobie głos. Głos niższy jest bardziej dźwięczny i męski, przez co mogą zdobyć w przyszłości więcej ról. Opowiadała też o częstej przywarze mężczyzn, a zwłaszcza księży, mówienia zbyt niskim, jak dla nich głosem, by brzmieć słyszalnie i poważnie.
I niech Pan pomyśli. Taki człowiek cały czas mówi fałszywym głosem i cały czas jest sztuczny.
To prawda, bo mówienie w dolnym zakresie swojej skali jest niewygodne i sprawia, że głos i mowa są mniej melodyjne i przez to mniej zrozumiałe. Ale podobne zafałszowanie i sztuczność zaobserwować można u nieśmiałych księży, którzy podczas celebracji Novus Ordo nakładają na siebie obcą sobie „konferansjerskość” naśladując Jana Pawła II i jego „kremówki”.
Autor przez wiele lat cierpiał na coś, na co istnieje w języku niemieckim specjalne określenie, którego brak w języku polskim. To Fremdschämen – tj. „wstydzić się za kogoś”. Bywał na takich Mszach, na których wstydził się za zachowanie księdza oraz dziwił się, że ludziom się to najwyraźniej podoba. Wydaje się, że tylko pewnego rodzaju narcystyczny gbur jest w stanie się na „swojej” Mszy Novus Ordo odnaleźć, bo chodzi w niej tylko o niego, podczas, gdy wszyscy, którzy myślą o Bogu lub o rubrykach niesłychanie na niej cierpią. Liturgia formuje charakter, a Novus Ordo formuje jak najgorszy, patrz Bergoglio i Ska.
Tekst amerykańskiego jezuity uzmysławia nam, że mnóstwo problemów w Vetus Ordo w ogóle zaistnieć nie może, bo na straży porządku stoją jej rubryki oraz swoista presja społeczna. Ludzie muszą wykazać taki hart ducha, by na Tridentinę dotrzeć, że skoro i tak jadą po kilka godzin w jedną stronę, to równie dobrze mogą ubrać się odświętnie i elegancko oraz nie żuć podczas kazania gumy. Potwierdza się także pogląd, że im coś jest bardziej wymagające, tym lepszych ludzi przyciąga, bo właśnie takich, którzy zadają sobie trud także w innych dziedzinach. Zatem „publiczność” Tridentiny potwierdza darwinowską tezę o survival of the fittest, bo o takich parafianach księża Novus Ordo jedynie mogą pomarzyć.
Wyjaśnia to invidia clericalis – zazdrość duchownych między sobą. Niejeden kapłan Novus Ordo zazdrości tradycjonalistom parafian, strojów, poważania, tacy i kto wie, czego jeszcze. Bo on jakkolwiek się stara, żadnych efektów nie widzi. Przypomina to granie lub śpiewanie kiepskich utworów. Nikt tego wykonywać nie chce, nikt nie chce ich słuchać, bo są po prostu kiepskie. I jakkolwiek dyrygent i wykonawcy się namęczą efektów nie ma i nie będzie. Smutne to i frustrujące.
Jak podobał Ci się ten wpis?
Kliknij na gwiazdkę, by go ocenić!
Średnia ocena / 5. Policzone głosy:
Jeszcze bez oceny. Bądź pierwszy!
















Możliwość komentowania dla zalogowanych użytkowników.