Tradycja i Wiara

Jungmann, kaplice rodowe oraz szacunek do własnej profesji

Dywagacja na temat systemu kaplic rodowych [chantry] i ich wpływu do moralność duchowieństwa.
Posłuchaj
5/5 - (6 głosy)

Czas lektury: 5 minut

Jest rzeczą rzeczywiście przerażającą, jak bardzo jezuita Jungmann nienawidził kapłaństwa, skoro pisał, a nie tylko mówił zaufanym, o „nienaturalnym rozroście duchowieństwa”, które się „mnożyło jak grzyby po deszczu”. Istnieje zatem jakby naturalny przyrost księży i przyrost nienaturalny. Jest to bardzo ciekawe także z psychologicznego punktu widzenia, gdyż Jungmann był księdzem niejako podwójnym. Najpierw bowiem został wyświęcony w seminarium diecezjalnym w roku 1913, a do jezuitów wstąpił w roku 1917. Ponieważ u jezuitów tzw. trzecia probacja następuje dopiero po ca. 20 latach, po której dopiero kandydat w pełni zostaje się jezuitą, toteż Jungmann mógł przecież w każdej chwili zrezygnować ze swojego kapłaństwa, które najwyraźniej go tak uwierało, skoro klamka jezuickich „ślubów wieczystych” zapadła dla niego tak późno.

Dlaczego tkwić w czymś, czego się nienawidzi?

Piszący te słowa robił już tak wiele rzeczy i miał tak różne zawody, że zupełnie nie rozumie tego, jak tkwić w tym, co nas unieszczęśliwia, chociaż rozumie, że można się bać zmian. Przypuszczalnie Jungmann chciał prowadzić życie badacza i naukowca, do czego w zakonie jezuitów miał doskonałe warunki. Jako świecki z pewnością by ich nie miał, o czym świadczą żywoty prawie wszystkich filozofów czy literatów.

Dlaczego nie chcieć, by nasz zawód się rozpowszechnił?

Chyba z dwóch powodów. Albo uważamy, że jest tak szkodliwy, że nienawidzimy siebie za to, że to wykonujemy i nie chcemy, „żeby tego tatałajstwa przybyło”. Albo uważamy ten zawód za tak elitarny, że tylko my możemy go wykonywać (bardzo częste wśród artystów). Jeśli artysta jest rzemieślnikiem, a ten szuka zleceń, to stając się monopolistom można co prawda dyktować ceny, ale człowiek kiedyś umrze z przepracowania, a jakość jego dzieł siłą rzeczy spadnie. Więc dobrze się tymi zleceniami z kimś podzielić, co jest możliwe tylko wtedy, gdy także ktoś inny zawód ten uprawia. Jeśli więc Jungmann uważał samego siebie za elitarnego naukowca, to powinien się cieszyć z faktu, że istnieje proste duchowieństwo, które „babom msze odprawia i płoty święci”. Dlaczego więc zwalczać jego „nienaturalny rozrost”? Poglądy te stają się zrozumiałe jedynie wtedy, gdy zakłada się, iż kapłaństwo jako takie jest czymś szkodliwym i jego „nienaturalny rozrost”, podobny do zachowania grzybów po deszczu, trzeba w zarodku stłumić.

I to się rzeczywiście Jungmannowi udało, bo jako główny teoretyk Novus Ordo doprowadził do całkowitej zapaści kapłaństwa i powołań kapłańskich na całym świecie, pomijając Polskę i okres tuż po wyborze JP2. Z drugiej strony poglądy Jungmann, znane przypuszczalnie też Franciszkowi, dowodzą tego, że gdzie jest Msza Wszechczasów, tam są i powołania, które mogą się z czasem „mnożyć jak grzyby po deszczu”. Dlatego trzeba było wprowadzić Traditionis Custodes, by to jakoś ukrócić.

Mniemanie współczesnych katolików o ich księżach jest bardzo niskie, a za Bergoglio reputacja wszelkiego rodzaju duchowieństwa sięgnęła dosłownie dna i przebija się do Australii. Piszący te słowa jeszcze trochę pożyje, ale gdyby umarł majętny, wówczas z pewnością dałby zapis na Msze za jego dusz€ i ewentualnie ufundowałby własną kaplicę rodową/grobową. Jednakże nie zna obecnie żadnej wspólnoty kapłańskiej, pomijając Fontgombault, co do której miałby pewność, że planowana usługa odprawiania jednej Mszy Trydenckiej żałobnej za jego duszę zostanie rzeczywiście sumiennie wykonana przez księdza w stanie łaski, który wie, o co chodzi. Nie zna osobiście żadnego kapłana, którego do planowanej za kilkadziesiąt lat kaplicy grobowej mógłby testamentem przypisać. Oczywiście, jeszcze taki może się narodzić, ale obecnie naprawdę mało kto o zapisie w testamencie dla jakiejś wspólnoty kapłańskiej myśli. Uczyniła to baronowa austriacka pochodzenia starozakonnego na rzeczy FSSPX w roku 2003 w Jaidhof w Austrii, ale najwyraźniej nie o wszystkim w Bractwie św. Piusa nie wiedziała. Ponieważ ludzie Średniowiecza także mieli oczy w głowie i potrafili liczyć, toteż przyjąć trzeba, że poziom moralny, liturgiczny i ogólny niższego duchowieństwa, które odprawiało Msze w kaplicach rodowych nie mógł być aż tak niski, jak twierdzili Luter, protestanci i Jungmann, gdyż inaczej by tego całego systemu kaplic rodowych nie było.

Reformacja nigdzie nie była ruchem oddolnym, w Niemczech również. Reformacja nabrała tempa dopiero wtedy, gdy arystokracja wszędzie w Europie stwierdziła, że pod pozorem „reformowanej wiary” można przejąć własność klasztorów. Piszący te słowa patrzy obecnie na posiadłości sióstr, u których wynajmuje mieszkanie i chociaż nie jest fachowcem, to wydaje mu się, że ich majątek, tak małego umierającego zgromadzenia, jest warty przynajmniej kilkanaście milionów euro, a może i więcej. To naprawdę łakomy kąsek dla kogoś, kto chciałby się „zreformować”. Biorąc pod uwagę olbrzymie posiadłości zakonów w Średniowieczu arystokracja przejmowała majątki warte miliardy lub przynajmniej setki milionów euro licząc w obecnej walucie. Poza tym w Anglii król Henryk VIII. wprowadził anglikanizm jako religię państwową i upaństwowił cały majątek kościelny obdzielając nim swoich stronników. I tak każda arystokratyczna Abbey jest po prostu złupionym katolickim opactwem. Nie jest więc historyczną prawdą, że średniowieczny katolicyzm, czego o współczesnym katolicyzmie powiedzieć niestety nie można, był tak skorumpowany, że musiał sam upaść, skoro protestantyzacja wszystkich krajów została wprowadzona odgórnie. W Anglii przebiegało to wyjątkowo krwawo, inaczej niż w np. w Skandynawii. System kaplic rodowych trwał przecież do Vat. II, więc był nośny i korzystny dla wszystkich. Trudno też przyjąć, że fundatorzy tych kaplic chcieli zafundować za swoje ciężko zarobione pieniądze wygodne życie księżom, o czym świadczą cytowane przez Byrne zapisy. Klient płacił i wymagał, fundował i zapisywał nie licząc się niestety z przyszłą reformacją.

A czy binowano i trynowano, jak obecnie?

Carol Byrne twierdzi, że zakaz binacji wprowadzony przez Innocentego III. w 1206 był przestrzegany. Wydaje się to logiczne, gdyż w przeciwnym razie nie byłoby tylu księży, gdyż mniejsza ich ilość odprawiałaby więcej Mszy dziennie. Skoro zatem, cytując Jungmanna, „rozmnażali się jak grzyby po deszczu”, to przecież dlatego, że był popyt na Msze i kościelne „zawężenie podaży”. W ten sposób ludzie mogli chodzić na Msze codziennie lub w niedzielę, niekoniecznie do katedry lub kościoła parafialnego, który był daleko. Być może kiedyś doczekamy czasów, gdy księża „rozmnożą się jak grzyby po deszczu”, a nas stać będzie na kaplice rodowe, na które, jak kiedyś cechy, można się i dzisiaj zrzucić. Piszący te słowa pomieszczenie na kaplice ma, ma już jeden ornat i może, jak Bóg da, kupi i ołtarz i kaplicę całkowicie wyposaży. O tym, że kandydat na kapelana lub „altarystę” będzie poddany surowym oględzinom pisać chyba nie trzeba.

Wydaje się, że ten system kaplic rodowych lub domowych służył też nadzorowi moralnemu duchowieństwa, bo członkowie rodu opiekujący się daną kaplicą grobową z pewnością skandali mieć nie chcieli ani za niemoralnego księdza płacić nie zamierzali. Natomiast rodziny z własną kaplicą domową mieszkały wraz z księdzem pod jednym dachem w swoim rozległym domostwie, jak w powieści Giuseppe Tomasi di Lampedusa „Lampart”. Ojciec rodziny miał broń, więc w razie czego o moralność księdza mógł się sam zatroszczyć. W przypadku kaplic rodowych lub grobowych ta placówka duszpasterska nie była jednak przypisana do jednego konkretnego księdza. Skoro było ich wielu, to właściciel mógł wyrzucić jednego i zatrudnić drugiego. Istniał więc nadzór społeczny, którego dzisiaj nie ma, gdyż duchowieństwa znika za fortecami swoich domów zakonnych lub parafialnych, gdzie niestety dzieją się różne rzeczy. Chyba najbardziej umartwione życie mieć musiał kapelan kaplicy prywatnej, bo cały czas był pod obserwacją, szczególnie przy stole. Taki musiał znaleźć wspólny język tak z hrabiną, jak i ze służbą, nie mówiąc już o gościach czy własnym biskupie. Pole do wyrabiania cnót i to jakich.

Amerykańscy katolicy zastanawiają się, jak zwiększyć wpływ świeckich na duchowieństwo, ale najwyraźniej nie wiedzą, że kiedyś już to było. Istniało tzw. prawo prezenty, kiedy to właściciel ziemski przedstawiał biskupowi swojego kandydata na proboszcza. Czasami własnego krewnego, czasami nie, wedle zasady „moje i ja tu rządzę”. Wpływ świeckich na wybór biskupów też istniał, ale i do dzisiaj różne kapituły, jak np. w Kolonii, mają takie prawa, że sam papież musi wybrać biskupa z grona ich kandydatów. Po Soborze, ale i po komunizmie, gdy właścicieli ziemskich już nie ma, znajdujemy się w sytuacji całkowitej bezkarności duchowieństwa. Prawo kościelne, jak wiemy, nie jest stosowane, a prawo karne stosowane jest rzadko. Biskupi przenoszą na inne parafie, mataczą, zacierają ślady lub wydają dekrety takie jak w Krakowie, który będzie ciekawym źródłem badań nad stanem duchowieństwa w Polsce na początku trzeciego tysiąclecia dla przyszłych pokoleń. W przypadku systemu kaplic rodowych [chantries] tego rodzaju problemy by w ogóle nie wystąpiły, gdyż nadzór nad księżmi byłby dużo większy.

Darowizna przez Paypal

Podoba Ci się ten blog, masz konto Paypal-Konto i chcesz pomóc? Możesz wybrać dowolną kwotę mnożąc ją przez 20 zł. Bóg zapłać!

20,00 zł

Translate

Reklama

Ostatnie wpisy

Komentarze

Popularne

Rod Dreher się rozwodzi lub o religijnych mężczyznach
Kard. Bona, "Feniks odrodzony czyli ćwiczenia duchowne", (1) Wstęp
Monachijska ekspertyza bezlitośnie nokautuje Benedykta XVI.
Rozmyślania na każdy dzień maja – DZIEŃ 15

Archiwa

Hierarchicznie
Chronologicznie

Podziel się

Reklama

Nasze Produkty

Datki

Darowizna przez Paypal

Podoba Ci się ten blog, masz konto Paypal-Konto i chcesz pomóc? Możesz wybrać dowolną kwotę mnożąc ją przez 20 zł. Bóg zapłać!

20,00 PLN

Możliwość komentowania dla zalogowanych użytkowników.

You cannot copy content of this page
pl_PLPolski
Tradycja i Wiara