Tradycja i Wiara

Ann Barnhardt, Diaboliczny Narcyzm: Gdy książęta zdradzają swego Króla

Posłuchaj
Oceń post

 Biblijne źródła kolegialności: „Wtedy wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli” [Mt. 26, 56]

Pytanie, które zawsze sobie zadawałam, brzmi:

„Kim są ci ludzie, którzy poświęcają swoje życie Kościołowi, którym to jawnie pogardzają w najlepszym razie, a którego nienawidzą w najgorszym? Co popycha mężczyznę czy kobietę do życia napędzanego przez i obracającego się wokół takiej czystej, skoncentrowanej złośliwości?”

Kim oni są? Są Diabolicznymi Narcyzami.

Dla przypomnienia, Diaboliczny Narcyzm jest stanem, w którym człowiek dobrowolnie wybiera przyjęcie psycho – duchowego sposobu bycia i emocjonalną wrażliwość upadłych aniołów. Po prostu, Diaboliczny Narcyz decyduje, podobnie jak upadłe anioły, dobrowolnie pozbawić się całej miłości. W rezultacie, jest on dobrowolnie niezdolny do odczuwania empatii, a także uczuć pochodzących od miłości, czyli szczęścia, wdzięczności, radości i smutku.

Diaboliczni Narcyzi są zdolni doświadczać wyłącznie demonicznych stanów emocjonalnych, takich jak gniew, nienawiść, zazdrość i strach. Postrzegają innych ludzi jako trójwymiarowe postaci z kreskówek, które można wykorzystać dla osiągnięcia diabolicznej, narcystycznej satysfakcji. Podobnie jak upadłe anioły, w głębi duszy, Diaboliczni Narcyzi zdają sobie sprawę, że są potworami i z tego powodu napędzani są nienasyconą złością, szczególnie w stosunku do „zwykłych ludzi”, będących tak nisko pod nimi, a jednak zdolnych do odczuwania tego, co z własnej woli odrzucili: miłości.

Diaboliczni Narcyzi wywodzą największą diaboliczną satysfakcję z tworzenia zależności [w rozumieniu przywiązania], który to czas bywa niekiedy nazywany „fazą idealizacji”, gdy najpierw będą pieścić swoją osobę do nich przywiązaną/ofiarę,[1] następnie zmieniając nastawienie dewaluują ją, by ją później podstępnie wykorzystać.[2] Diaboliczni Narcyzi czerpią intensywną diaboliczną satysfakcję nie tylko z faktycznego wykorzystania [poniżenia, deprawacji] ofiary, ale często jeszcze bardziej z „wymigania się” [od odpowiedzialności np. karnej Red.]- patrząc jak inni wokół niego,  nie chcąc pobudzać go do gniewu czy też  [lękając się] utraty koneksji, dają milczącą, a nawet wyraźną zgodę na jego deprawujące działania. Diaboliczni Narcyzi mają dosłownie obsesję na punkcie wyobrażenia, że należą do oddzielnej kasty, hiper-arystokracji, niedostępnej i ponad wszystkimi innymi, że są nawet „super-ludźmi”, a jako tacy nie podlegają „zasadom”, którym podlega pospólstwo i niemyta hołota. Jednym z największych źródeł diabolicznej satysfakcji dla Diabolicznych Narcyzów jest otwarte popełnianie przestępstw, potworności, gorszących grzechów lub znęcanie się i NIE tłumaczenie się z tego – działanie poza prawem czy normami ludzkiej przyzwoitości. W świeckiej sferze polityki nazywa się to „oligarchią”. W mikro skali to zjawisko ma wiele imion: megalomania, socjopatia czy psychopatia.

Cóż jednak stanie się, jeśli Diaboliczny Narcyz utworzy podobną więź [z Bogiem], a następnie lekceważy, nienawidzi, obraża, a nawet wszczyna wojnę przeciwko Bogu?

Cóż, drogi czytelniku, wówczas nazywamy go „Jezuitą”. To taki mały żart. Ta dynamika nie ogranicza się z pewnością do Jezuitów. Jest ona wszędzie w Kościele i może być zauważona pośród świeckich, a i świat Tradycjonalistów nie jest na nią w żaden sposób odporny.

Zacznijmy od wstępnych faz „więzi” Diabolicznego Narcyza z Bogiem.

To zwykle intelektualni [w oryg. cerebralni, to jest mózgowi] narcyzi, w przeciwieństwie do cielesnych czy „fizycznych” narcyzów, pragną samego Boga  jako ich osoby do nich przywiązanej/ofiary. Intelektualni Diaboliczni Narcyzi widzą Boga jako ostateczną więź i ewentualnie jako Ostateczną Ofiarę – którą, jak na ironię, w rzeczy samej On jest. Bóg jest wszystkim, czym Diaboliczni Narcyzi pragną być: wszechwiedzącym, godnym szacunku, podziwianym i adorowanym, tajemniczym i szeroko-dyskutowanym, doskonałym.[3] Niektórzy Diaboliczni Narcyzi, szczególnie ci, którzy byli deifikowani jako dzieci, widzą Boga jako jedynego równego sobie, obsadzając siebie w roli współ-Boga, czwartej osoby „Czwórcy Świętej”[4] czy też Demiurga.

Wszyscy ci Diaboliczni Narcyzi wierzą, że są „jedynymi”, którzy prawdziwie „rozumieją” Boga. Wierzą, że mają oni całkowicie wyjątkową i uprzywilejowaną relację z Bogiem. Tylko Diaboliczny Narcyz i Bóg, sami jedyni razem przeciwko światu. Ktoś z protestanckiego środowiska religijnego użyłby nawet zwrotu takiego jak „namaszczony”, jak choćby Ted Cruz czy Jim Jones. Diaboliczni Narcyzi czerpią autorytet z ich uprzywilejowanej relacji z Bogiem, a także sądzą, że autorytet ten zwalnia ich z przestrzegania prawa i reguł zachowania, które obowiązują „zwykłych ludzi”. Wierzą, że nie obowiązują ich reguły, ale że są władni, podobnie jak Bóg, sądzenia innych, jednakże nie tolerując przy tym najmniejszego wytknięcia hipokryzji.

Warto wspomnieć w tym momencie, że deifikowanie dzieci nie jest już rzadkością, którą niegdyś było, zjawiskiem występującym w przeszłości w stosunku do genialnych dzieci królewskich.[5] W rzeczywistości, cały post-chrześcijański system edukacji oraz media są dzisiaj szczególnie ukierunkowane by prowadzić dzieci do patologicznego wydelikacenia w najlepszym razie, a do pełnego Diabolicznego Narcyzmu w najgorszym. Jeśli dzieci w twoim otoczeniu wydają się być nieznośnymi mini-tyranami – „Wojownikami o Społeczną Sprawiedliwość”, to dlatego, że nimi właśnie są. Są one armią szturmowców Diabolicznych Narcyzów, niecierpliwie wyczekującą rozkazów, przekonaną o swojej „inności”, a być może, co ważniejsze, traktującą innych ludzi jak zbyteczne żywe worki mięsa.

W przypadku Diabolicznych Narcyzów, którzy wstępują w szeregi kapłaństwa, wspólnot zakonnych, lub obejmujących pozycje w Kościele związane z autorytetem, jak choćby praca w kancelarii, czy nawet w przypadku osób świeckich pracujących dla Kościoła, predyspozycje w kierunku sadyzmu i nadużyć są podsycane przez każdą pozycję związaną z władzą, nawet jeśli jeszcze nie zmienili swojej hierarchii wartości i nie zdeprecjonowali[6]  Boga. Ich zaprogramowana pogarda dla innych jest nieodłączna od ich diabolicznej natury i z tego powodu pociągają ich stanowiska, dzięki którym, pod przykrywką władzy, mogą dokonywać narcystycznych nadużyć.[7]

Na początku „relacji” z Bogiem, Diaboliczny Narcyz idealizuje Boga w tym znaczeniu, że utwierdza się on w przekonaniu, iż Bóg jest całkowicie podobny jemu samemu. Im bardziej poznaje on Boga, tym więcej samego siebie w Nim widzi. W tym momencie należy wspomnieć o Archaniele Michale, którego imię jest zaprzeczeniem tej tendencji: Któż jak Bóg? Archanioł zna odpowiedź na to pytanie: NIKT. Dla Diabolicznego Narcyza odpowiedź jest dokładną odpowiedzią Lucyfera: JA!

Po pewnym czasie Diaboliczny Narcyz rozczarowuje się Bogiem. Kiedy świat nie pada do jego stóp, gdy nie jest on szanowany, adorowany i słuchany jako współ-Bóg, kiedy Bóg „nie spełnia jego oczekiwań”, wówczas Diaboliczny Narcyz pomniejsza [devaluate] Boga i zwraca się przeciwko Niemu, podobnie jak czyni to z ludzką osobą przywiązaną/z celem swych działań. Co ciekawe, to pomniejszanie prawie zawsze przebiega stopniowo, dosięgając w końcu Boga Jako Takiego. Dla przykładu, Diaboliczny Narcyz może najpierw zdeprecjonować swoją parafię, wspólnotę religijną, swój obrządek (porzucając Rzymski na rzecz Bizantyjskiego lub vice versa), a także śluby (żyjąc z konkubiną – jakiejkolwiek płci). Są to po prostu zwykłe przystanki na drodze do ostatecznego celu, jakim dla Diabolicznego Narcyza jest odrzucenie samego Boga. Kiedy to się stanie, Diaboliczny Narcyz wytacza działa przeciwko Bogu w Jako Takiemu i motywowany czystą diabelską pogardą wyrusza, by uczynić Bogu jak najwięcej szkód. Wszakże, im większy wróg, tym wspanialszym Diaboliczny Narcyz się czuje. Nie ma większego wroga, przeciwko któremu można się zwrócić, niż Bóg we Własnej Osobie. Dla Diabolicznego Narcyza oznacza to dokładnie to samo, co dla rzeczywistych demonów: skrzywdzić a nawet zabić dusze innych ludzi z nienawiści do Boga – dokładne odwrócenie Największego Drugiego Przykazania [tj. miłości bliźniego], nienawidzić innych z nienawiści do Boga.

Jednym z najpewniejszych symptomów Diabolicznego Narcyzmu jest w ogólności stan określany: „nienawidzić swoich”. W kontekście Kościoła, Diaboliczni Narcyzi – księża lub zakonnicy (i nie zapominajmy o głośnej, aczkolwiek malejącej armii apostatek – lesbijskich zakonnic grasujących po świecie w poszukiwaniu zniszczenia dusz) będą mieć w najwyższej pogardzie ortodoksyjnych, pobożnych, żarliwych Rzymskich Katolików. W mikro skali, Diaboliczny Narcyz będzie zwykle umniejszać i wykorzystywać najbliższych – małżonka, dzieci, pracowników, a nawet w końcu przyjaciół – jeśli takowych posiada. Dla Diabolicznego Narcyza jego „stadko”, w jakiejkolwiek jest ono formie, staje się jego zakładnikiem. A największy przypływ diabolicznej satysfakcji, którego Diaboliczny Narcyz może doświadczyć, wynika z uwagi, aprobaty a nawet uwielbienia przez ludzi, którym dokucza, których dręczy i maltretuje, podczas gdy to czyni.[8]

Najskuteczniejszą strategicznie pozycją dla działań Diabolicznego Narcyza jest WNĘTRZE KOŚCIOŁA. I tak, pomimo jego popadnięcia w pełnię nienawiści do Boga, zamiast opuścić Kościół, okopują się w nim.  Wspinają się po szczeblach biskupiej drabiny. Im wyżej zajdą, tym więcej spustoszenia wśród dusz mogą siać; tym bardziej mogą ułatwiać i chronić innych będących jak oni sami, którzy szukają możliwości znieważenia Boga i zniszczenia Jego Kościoła; tym bardziej mogą niszczyć Liturgię; tym bardziej mogą karać i gorszyć tych, którzy naiwnie kochają Boga; tym więcej kłamstw mogą wygłaszać tym żałosnym, nędznym owieczkom a później usiąść i patrzeć jak owce beztrosko skaczą do piekła NA ICH ROZKAZ, ignorując sam Głos Pasterza; tym bardziej mogą potrząsnąć pięścią przed Bogiem, rozkoszując się swoimi przestępstwami i nie tylko ich całkowitym brakiem ziemskich konsekwencji, lecz nawet wiwatowaniem i okrzykami uwielbienia owiec, które zarzynają – uwielbieniem okazywanego im, zamiast Bogu.

Czy myślę, że pewni wysoko postawieni ludzie Kościoła mogliby dzisiaj być (lub są) Diabolicznymi Narcyzami? Jak najbardziej tak. Czyż nie?

Czy myślę, że jest prawdopodobne, aby umniejszali oni i obecnie świadomie znieważali Boga i ze złą wolą i premedytacją pragnęli zniszczenia Jego Świętego Kościoła, nawet z samego Tronu Piotrowego, o ile to możliwe? Tak, myślę, że jest to wysoce prawdopodobne.

Czy myślę, że jest możliwe, aby nawet papież we własnej osobie, będąc vis-a-vis swojej pozycji jako Wikariusza Chrystusowego, znienawidził swoich – czyli wiernych Katolików (tj. „skoncentrowanych na sobie”, „prometejskich”, „neo-pelagian”, „rygorystów”, „doktorów prawa”)? Tak, tak myślę.

Czy myślę, że Jorge Bergoglio próbuje obsadzić siebie w świecie jako kogoś ponad i „poza” Jezusem Chrystusem we Własnej Osobie? Na to z pewnością wygląda, czyż nie? Chrystus ma tylko jedną rzecz do powiedzenia o publicznych cudzołożnikach, na przykład, gdy Jego wikariusz na ziemi mówi coś zupełnie innego.

Mając tę świadomość, czyż nie jest oczywistym, że musimy przeciwstawić się tym wszystkim Diabolicznie Narcystycznym biskupom, księżom i zakonnikom i modlić się każdego dnia o ich nawrócenie na Jedną Prawdziwą Wiarę i Jeden Prawdziwy Kościół?

Chryste, zmiłuj się.

Opublikowano w The Remnant 8. Maja 2016.

 Przypisy Redakcji.

[1] Ann Barnhardt używa terminu attachment – „dodatek, ozdobę, przylepę”, bo tak DN traktują ludzi, jako przylepione rzeczy do ich Ja. Termin ten tłumaczyć będziemy jako „osoba przywiązana”, chociaż nie oddaje on w pełni zamysłu autorki.

[2] Termin abuse rozumieć należy w sensie deprawacji, wykorzystania seksualnego, poniżenia etc.

[3] Przypomina się w tym miejscu tekst komedii Woodego Allena: „Za kogo Ty się uważasz? Za Boga?” ”No, na kimś przecież trzeba się wzorować.” Woody Allen, zważając na jego życie i udowodnione wykorzystywanie seksualne swoich dzieci prawdopodobnie sam jest DN.

[4] „Mateczka” Kozłowska, twórczyni mariawitów, także ogłosiłą się częścią Trójcy Świętej, która dzięki temu stała się Czwórcą.

[5] Nie ma tutaj całkowicie racji, bo niektóre dzieci królewskie były czasami przeraźliwie rygorystycznie chowane, patrz Fryderyk I król Pruski lub nawet Wilhelm II cesarz Niemiec. Nic dziwnego, że potem takimi się stali. Deifikacji w dzieciństwie z pewnością nie doświadczyli.

[6] Barnhardt używa terminu dewaluate to jest „dewaluować, deprecjonować, pozbawić wartości etc.”. Oczywiście tego obiektywnie uczynić się nie da, ale subiektywnie można. Bóg dla mnie nie istnieje, jest niczym, bo mi np. tego, a tamtego nie dał. Częsty pogląd.

[7] To niestety prawda potwierdzona licznymi badaniami, że bardzo często na stanowiskach kierowniczych znajdują się ludzie o psychopatycznej osobowości. Oni się tam pchają, bo nie mają skrupułów.

[8] U ofiar wynika to zwykle z tzw. syndromu sztokholmskiego.

Spodobało się? Chcesz więcej?

  • Zarejestruj się!
  • Wybierz jedną z subskrypcji automatycznych!
  • Skorzystaj z 7 dniowego bezpłatnego okresu próbnego!
  • Więcej informacji pod „Nasze Subskrypcje” oraz poniżej!

Translate

Reklama

Ostatnie wpisy

Komentarze

Popularne

Rod Dreher się rozwodzi lub o religijnych mężczyznach
Kard. Bona, "Feniks odrodzony czyli ćwiczenia duchowne", (1) Wstęp
Monachijska ekspertyza bezlitośnie nokautuje Benedykta XVI.
Rozmyślania na każdy dzień maja – DZIEŃ 15

Archiwa

Hierarchicznie
Chronologicznie

Podziel się

Reklama

Nasze Produkty

Datki

Darowizna przez Paypal

Podoba Ci się ten blog, masz konto Paypal-Konto i chcesz pomóc? Możesz wybrać dowolną kwotę mnożąc ją przez 20 zł. Bóg zapłać!

20,00 PLN

Możliwość komentowania dla zalogowanych użytkowników.

You cannot copy content of this page
pl_PLPolski
Tradycja i Wiara