Znaj swojego wroga – Jakub Rousseau (Tolerancja)

Poniżej przedstawiam fragment dzieła Jana Jakuba Rousseau pt. “Umowa Społeczna” traktujący o religii i tolerancji. Sądzę, że będzie to z korzyścią dla czytelników, zwłaszcza na kanwie ostatnich wydarzeń związanych z brakiem tolerancji wobec Kościoła w Polsce.

Lecz zostawmy na uboczu rozważania polityczne, wróćmy do prawa i ustalmy zasady dotyczące tego ważnego punktu. Prawo, które umowa społeczna daje zwierzchnikowi nad poddanymi, nie przekracza, jak powiedziałem, granic użyteczności publicznej. Poddani więc o tyle tylko są odpowiedzialni przed zwierzchnikiem za swe poglądy, o ile te mają znaczenie dla wspólnoty.

Otóż, państwu wielce zależy na tem, żeby każdy obywatel miał religję, któraby mu kazała kochać swe obowiązki; ale dogmaty tej religji obchodzą państwo i jego członkówo tyle tylko, o ile dotyczą moralności i obowiązków, które wyznawcy winni wypełniać wzgledęm innych. Poza tem każdy może mieć takie poglądy, jakie mu się podobają, i zapoznawanie się z niemi wcale nie należy do zwierzchnika; skoro bowiem nie jest on kompetentny odnośnie do innego świata, poznanie to, bez względu na los pod-danych w życiu przyszłem, nie jest jego rzeczą, byle w tem życiu byli oni dobrymi obywatelami.

Istnieje tedy czysto społeczne wyznanie wiary, którego artykuły zwierzchnik ma prawo określić, nie jako właściwe dogmaty religijne, lecz jako przekonania socjalne, bez których niepodobna być dobrym obywatelem i wiernym poddanym. Nie mogąc nikogo zmusić do wierzenia w nie, może wypędzić z państwa każdego niewierzącego; może go wygnać nie jako bezbożnego, lecz jako nieuspołecznionego, niezdolnego do szczerego ukochania ustaw, sprawiedliwości i do poświęcenia w razie potrzeby swego życia obowiązkowi. Jeżeli zaś kto, uznawszy publicznie te dogmaty, sprawuje się jakby w nie nie wierzył, niech zostanie ukarany śmiercią; popełnił bowiem największą zbrodnię: skłamał przed ustawami.

Dogmaty religji społecznej powinny być proste, nieliczne, wyrażone dokładnie, bez objaśnień i komentarzy. Istnienie Bóstwa potężnego, mądrego, dobroczynnego, przewidującego i troskliwego, życie przyszłe, szczęśliwość sprawiedliwych, ukaranie złych, świętość umowy społecznej i ustaw; oto dogmaty pozytywne. Co do dogmatów negatywnych, to ograniczę je do jednego, to jest nietolerancji; wchodzi ona w skład kultów, któreśmy wyłączyli.

Ci, którzy odróżniają nietolerancję społeczną1 od nietolerancji teologicznej2, według mnie, mylą się. Te dwie nietolerancje są nierozłączne. Nie sposób żyć w pokoju z ludźmi, których się uważa za potępionych; kochać ich znaczy nienawidzieć karzącego ich Boga; trzeba ich koniecznie nawrócić albo też zamęczyć. Wszędzie, gdzie uznano nietolerancję teologiczną, musi ona mieć pewne skutki społeczne3; a skoro je ma, zwierzchnik nie jest już zwierzchnikiem, nawet w sprawach świeckich; od tej chwili księża są prawdziwymi panami, królowie zaś są tylko ich urzędnikami.

Obecnie, gdy nie ma już i nie może być wyłącznej religji narodowej, powinno się tolerować wszystkie te, które tolerują inne, o ile ich dogmaty nie zawierają nic przeciwnego obowiązkom obywatela. Lecz kto śmie mówić: poza Kościołem nie ma zbawienia, musi być wygnany z państwa, o ile państwo nie ma być Kościołem,a panujący arcykapłanem. Dogmat taki dobry jest tylko w rządzie teokratycznym, w każdym zaś innym zgubny. Przyczyna, dla której jak powiadają, Henryk IV przyjął religię rzymską, powinnaby skłonić do porzucenia jej każdego uczciwego człowieka, a przede wszystkiem każdego panującego, który umie rozumować.

1 Ograniczenie w prawach ludzi inaczej wierzących, np. zakaz piastowania urzędów przez Żydów w Państwie Kościelnym.

2 Uważanie ludzi inaczej wierzących za potępionych.

3 (Uwaga Rousseau’a) Małżeństwo na przykład, będąc umową cywilną, ma skutki społeczne, bez których niemożliwem jest nawet istnienie społeczeństwa. Przypuśćmy więc: że kler zdoła gdzieś przywłaszczyć sobie wyłączne prawo dokonywania tego aktu – a według każdej religji nietolerancyjnej musi on z konieczności uzurpować to prawo czyż nie jest wówczas rzeczą jasną, że drogą odpowiedniego spożytkowania powagi Kościoła udaremni on władzę panującego, gdyż ten nie będzie miał wówczas innych poddanych okrom tych, których raczy mu dać duchowieństwo. Mając władzę dawania lub niedawania ludziom ślubów, zależnie od uznawania przez nich pewnej doktryny, od przyjmowania lub odrzucania tej lub owej formuły, od mniejszego lub większcgo oddania mu się, postępując roztropnie i wytrwale, czyż nie jest jasne, że kler tylko będzie rozporządzał spadkami, posadami, obywatelami, nawet państwem, które nie mogłoby się ostać, gdyby złożone było z samych bękartów. Lecz, powiedzą, można będzie apelować od nadużyć, odraczać, dekretować, zagarniać dobra. Marne sposoby Jeżeli kler ma choć trochę, nie powiem odwagi, lecz zdrowego rozsądku, to spokojnie pozwoli apelować, odraczać, dekretować, zagarniać i ostatecznie pozostanie panem. To, zdaje mi się, niewielkie poświęcenie wypuścić z rąk część, gdy kto jest pewnym, że opanuje całość.

Reklamy

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.