Tradycja i tradycja w ujęciu teologii katolickiej. Tradycja równorzędnym źródłem Objawienia (część 5)

tumblr_m4h5upX3IR1qfg4oyo1_1280

(5)          Tradycja Boska (Traditio divina) źródłem wiary

Zgodnie z nauczaniem Kościoła Tradycja Boska (Traditio divina) jest niezależnym od Pisma Świętego źródłem wiary oraz źródłem Pismu Świętemu we wszystkim równym (Traditio divina est fidei fons independens a S. Scriputra eique omnino aequivalens). Jest to twierdzenie de fide czyli charakteryzujące się najwyższą obowiązywalnością dla katolików i dlatego łączy się z koniecznością posłuszeństwa wiary. Mówiąc krótko i inaczej, jeżeli ktoś temu zaprzecza jest heretykiem.

Twierdzenie, że Tradycja jest równorzędnym i niezależnym od Pisma Świętego źródłem wiary jest tym, co zasadniczo różni katolików od protestantów. Główna różnica polega na tym, że dla katolików Objawienie to więcej niż Pismo Święte, gdyż Objawienie to Pismo Święte i Tradycja, dla prostestantów natomiast Objawienie to wyłącznie Pismo Święte (sola Scriptura).

Dowiedzenie powyższej tezy nastąpi ex auctoritate czyli na podstawie orzeczeń Magisterium, źródeł Objawienia oraz opinii teologów.

1. Dowiedzenie powyższej tezy na podstawie Magisterium Kościoła (ex Magisterio Ecclesiae)

Głównym założeniem protestantyzmu oraz jego „zasadą formalną” jest twierdzenie, iż jedynie Pismo Święte (sola Scriptura) jest źródłem wiary. Ich zdaniem ustnemu nauczaniu Apostołów nie przysługuje ranga drugiego i równorzędnego źródła wiary. Naukę tę zaczął głosić dopiero Luter i nie był to żaden powrót do „Kościoła pierwotnego”, gdyż nigdy przedtem (i potem także nie) zasada sola Scriptura była w Kościele uznawana. Dlatego też Sobór Trydencki potępił tę herezję stanowiąc w IV Sesji w Dekrecie I:

„Sobór zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, że ta prawda [Ewangelii] i zasady postępowania znajdują się w księgach spisanych i tradycjach niepisanych, które Apostoławie otrzymali z ust samego Chrystusa lub sami pod natchnieniem Ducha Świętego przyjęli i tak je przekazali niejako z rąk do rąk aż do naszych czasów.” (Denz. 783, por. DH 1501, BF III.10)

Dlatego też Sobór z jednakową czcią traktuje Pismo Święte i Tradycję, o czym świadczy kolejna jego wypowiedź:

„Sobór idąc za przykładem prawowiernych Ojców przyjmuje i czci z jednakową nabożnością i szacunkiem wszystkie księgi tak Starego, jak i Nowego Testamentu, skoro autorem obydwu jest jeden Bóg, oraz Tradycje dotyczące wiary i moralności podane ustnie przez Chrystusa lub natchnione przez Ducha Świętego i zachowane w Kościele katolickim dzięki nieprzerwanej sukcesji”. (Denz. 783, por. DH 1501, BF III.11)

Zatem, jak już wspomniano, także Tradycja jest Słowem Bożym, gdyż zawiera ona prawdę objawioną w tej samej nienaruszoności i czystości jak Pismo Święte i ją nam przekazuje (por. Vat. I Sessio 4, cap.2; Denz. 1787; DH 3006; BF III. 16-17).

Nauka o równorzędności Tradycji względem Pisma Świętego, którą w całej rozciągłości potwierdza i pogłębia Konstytucja dogmatyczna o Objawieniu Bożym Dei Verbum (rozdział II, 7- 10) Soboru Watykańskiego II,  jest nauką katolicką, która u wszystkich wychowanych na oazach, kręgach bibilijnych, w neokatechumenacie, w ruchu charyzmatycznym i innych wywoła z pewnością duże zgorszenie i oburzenie, przez co widać, jak bardzo te ruchy od katolicyzmu odeszły. W ruchach tych bowiem Pismo Święte, oczywiście w interpretacji własnej bądź animatora lub lidera wspólnoty, staje się jedyną wykładnią życia wiary, by nie powiedzieć podręcznikiem wszystkiego oraz poradnikiem na wszystko.

for_dummies-1

Pismo Święte traktuje się zatem jak jakiś mocno subiektywny podręcznik typu Catholicism for dummies[14] nazwiązując do popularnej serii wydawniczej noszącej w Polsce nazwę [Xyz] dla bystrzaków.[15] Warto w tym kontekście wiedzieć, że angielskie dummy nie jest określeniem aż tak obraźliwym jak polski głupi, ale dosyć pieszczotliwym ujęciem typu głuptasku lub jeszcze łagodniej. Zachowując to porównanie powiedzieć trzeba, że Pismo Święte żadnym podręcznikiem nie jest, gdyż zrozumienie go zakłada mnóstwo wiedzy teologicznej przekazanej właśnie przez Tradycję. Jeżeli chciałoby się koniecznie szukać odpowiednika Katolicyzmu dla bystrzaków to jest nim katechizm i to raczej przedsoborowy, który jest właśnie podręcznikowym ujęciem prawd wiary.

Dlatego też Kościół, przed ostatnim Soborem bardzo powściągliwie zalecał wiernym prywatną lekturę Pisma Świętego i to nie dlatego, by, jak twierdzą przeciwnicy Kościoła, utrzymywać lud w ciemnocie, odwodzić od prostoty Ewangelii czy uniemożliwiać im dojrzałą wiarę, lecz po to, by właśnie nie narażać ich na błędy wynikające z braku kompetencji ogólno-teologicznych, a zwłaszcza biblijnych. Każdy bowiem, kto kiedykolwiek uczestniczył we wspólnej dyskusji nad Pismem Świętym wie, że na pewnym etapie trzeba kogoś zapytać, jak dany fragment rozumieć i dlaczego go tak a nie inaczej interpretować. Gdzie się bowiem wyrzuca teologię drzwiami, tam wchodzi ona oknem. Gdyby bowiem Pismo Święte tłumaczyło się samo przez się, to nie byłoby odstępstw, herezji ani w sumie grzechu, bo każdy by wszystko wiedział i miejmy nadzieję według tego postępował.

Problematyka tłumaczenia Pisma Świętego na języki narodowe

Co ciekawe pierwsza wypowiedź Magisterium na temat prywatnych kregów biblijnych miała miejsce nie w czasach Reformacji, ale już w roku 1199, kiedy to mieszkańcy Metz samodzielnie przetłumaczyli Pismo Święte na francuski, sami się na prywatnych spotkaniach pouczali oraz gardzili prostotą i niewiedzą swoich księży, gdyż oni, a nie księża, wiedzieli oczywiście lepiej (Denz. 770, DH 770). W tym kontekście Magisterium formuuje myśl, iż pragnienie zrozumienia Pism Boskich jest co prawda czymś chwalebnym, ale nie może się ono odbywać w oderwaniu o urzędu przepowiadania Kościoła. Ze względu na możliwość błądzenia lektura Pisma Świętego nie jest też dla wszystkich korzystna (Denz./DH 1853, 2712, 2771). I tak czwarta reguła tzw. Reguły Trydenckiej dotyczącej indeksu ksiąg zakazanych stanowi:

„4. Ponieważ z doświadczenia wynika, że wszędzie tam, gdzie dozwolono na wydanie Pisma Świętego w języku narodowym bez jakiegokolwiek rozróżnienia [tj. zezwalając na wszelkie możliwe tłumaczenie i wydania], tam wynikło z tego, na skutek lekkomyślności ludzi, więcej szkód niż pożytku. Dlatego osądowi biskupa lub inkwizytora pozostawia się, by na zalecenie proboszcza lub spowiednika, zezwolili oni na czytanie Pisma Świętego w języku narodowym przełumaczonego przez katolickich autorów tym [wiernym], co do których są przekonani, że z lektury tej nie wyniknie dla nich żadna szkoda, lecz wzrost wiary i pobożności …” (Denz./DH 1854)

Komentując powyższy przepis, uchylony niestety po ostatnim Soborze, wiedzieć trzeba, iż niejednokrotnie 100% poprawne i wierne przetłumaczenie czegoś nie jest możliwe, gdyż na skutek idiomatyki języków oraz różnych zakresów pojęciowych terminów oddanie bardziej skomplikowanych myśli w stosunku 1:1 jest często niewykonalne. I dlatego pewne fragmenty pozostawia się w oryginale obok tłumaczenia, a pewnych dzieł filozoficznych, teologicznych czy literackich do dzisiaj nie tłumaczy się wcale, gdyż każdy przekład byłby okrojeniem zmieniającym nie tylko formę, ale i treść i jej sens. Rację mają Włosi mówiąc traduttore traditore czyli „tłumacz jest zdrajcą”. Dlatego też aż do Soboru Watykańskiego II Kościół obstawał przy czytaniu Pisma Świętego po łacinie w wersji Wulgaty po to, by do tłumaczenia nie wdarły się żadne nieścisłości lub przekłamania. Każde tłumaczenie jest także dziełem autorskim tłumacza i przez jego edukację i wrażliwość językową jest niejako przepuszczane. Widać to bardzo dobrze po tłumaczeniu Lutra, które niektóre fragmenty Nowego Testamentu po prostu zmienił dostosowując je do własnej doktryny. Dlatego tłumaczenia 100 % poprawnego filologicznie ekumenicznego tłumaczenia Biblii nigdy nie będzie, gdyż niektóre fragmenty Nowego Testamentu, a zwłaszcza te dotyczące usprawiedliwienia i łaski, bez odwołanie się do nadrzędnej doktryny zawsze będą sporne. Bywa bowiem tak, że filologicznie poprawne są wersje (a), (b) i (c), a o tym, którą wybrać decyduje teologia. I dlatego tzw. tłumaczenia ekumeniczne, zalecane przez Dei Verbum VI.22, w sumie nic nie dały, gdyż z tłumaczeń tych korzystają co najwyżej katolicy, a protestanci pozostają przy swoich tłumaczeniach oddających ich doktrynę. I tak katolicy opuściwszy tekst Wulgaty, stopniowo porzucili swoją teologiczną odrębność i nieraz doktrynę, a protestantom nadal źle i mało. Przypominamy raz jeszcze, że czytając czyjś przekład spotykamy się nie z oryginałem, ale właśnie z czyimś przekładem, a o oryginale możemy snuć tylko przypuszczenia. Osoby nieznające łaciny, starogreckiego czy hebrajskiego, które będą zdane na czyjeś tłumaczenia porównując między nimi nieraz stwierdzą, że czasami wszystkie są inne. I zawsze będą, ponieważ każde tłumaczenie jest zawsze interpretacją. Dlatego lepiej się nie lenić tylko świętych języków nauczyć, co jest formalnym wymogiem na studiach teologicznych, pozostającym zbyt często na papierze.

Samodzielna lektura Pisma Świętego nie zawsze korzystna

W świetle 4 Reguły Trydenckiej wierny zainteresowany czytaniem Pisma Świętego w swoim języku narodowym musiał skonsultować to ze swoim spowiednikiem lub proboszczem, ten kwestię tę opiniował i biskupowi lub inkwizytorowi do zatwierdzenia przedstawiał. Zważając na różne poglądy teologiczne pojawiające się dzisiaj w różnych grupach, ruchach lub np. w komentarzach czytelników na naszym forum praktyka ta była jak najbardziej słuszna, bo niestety samowolna lektura Pisma Świętego większości osób szkodziła i szkodzi. To samo twierdził Urząd Nauczycielski Kościoła, jak np. Pius VII pisząc do biskupa Mogilewa Magno et acerbo (1816), iż

„[…] jednoznacznie zostały odrzucone poglądy, jakoby w każdym czasie, na każdym miejscu i dla każdego rodzaju osób byłoby rzeczą pożyteczną poznawać tajemnice Pisma Świętego, gdyż ich lektura, jak twierdzono, jest dla wszystkich oraz że byłoby jakoby rzeczą szkodliwą odwodzenie ludu chrześcijańskiego od tej lektury […].” (Denz./DH 2712)

Ujmując powyższą wypowiedź pozytywnie: lektura Pisma Świetego nie jest dla każdego, wszędzie i zawsze pożyteczna, gdyż prowadzić może do powstawania herezji, skoro się raz po raz komuś coś z Pismem Świętym w jego interpretacji nie zgadza.

220px-Clement_XIA ponieważ lektury Pisma Świętego nie jest zawsze zalecana, dlatego nie jest ona dla wszystkich konieczna (Denz./DH 2479-2485, 2667). W załączeniu przedstawiamy potępione bullą papieża Klemensa XI (na obrazku) Unigenitus Dei Filius (1713) twierdzenia Pasquiera Quesnela, jednego z twórców jansenizmu. Lektura ta (Denz./DH 2479-2485, poniżej podawać będziemy tylko numery końcowe czyli 79. zamiast 2479). Potępione tezy Quesnela będą wyświetlane na czerwo oraz poprzedzone będą zdaniem [Nieprawdą jest, że], żeby żadnych wątpliwości nie było. Lektura tych tez  jest dosyć szokująca, gdyż uzmysławia nam, jak bardzo współczesna teologia i praktyka pastoralna odeszła od dotychczasowego nauczania Kościoła zalecając rzeczy uprzednio expressis verbis potępione.

[Nieprawdą jest, że]

„79. Rzeczą pożyteczną i konieczną jest w każdym czasie, w każdym miejscu i dla każdego rodzaju osób studiowanie i poznawanie ducha, pobożność i tajemnice Pisma Świętego.”

A ponieważ tak nie jest, przeto żadna matka pięciorga dzieci gotująca obiad ani żaden chirurg podczas operacji nie muszą czuć wyrzutów sumienia, że akurat nie studiują Pismą Świętego lub robią to zbyt rzadko.

[Nieprawdą jest, że]

„80. Lektura Pisma Świętego jest dla wszystkich”.

Okazuje się, że jednak nie dla wszystkich.

[Nieprawdą jest, że]

„81. Święta ciemność Słowa Bożego nie jest dla świeckich [tj. laików] powodem do dyspensowania samych siebie od ich lektury”.

„Święta ciemność” (obscuritas sancta) jest jednym z ulubionych terminów jansenistów oraz wszystkich domorosłych pseudomistyków i przypomina nieco sławną „pomroczność jasną”. Oczywiście, że Pismo Święte bywa miejscami niezrozumiałe i to nie tylko na początku drogi wiary, lecz na każdym jej etapie. Stąd konieczność studiów teologicznych, które od Orygenesa począwszy były w sumie komentarzami do Pisma Świętego, bo wielu chrześcijan przed nami pytało się: „Jak należy to zrozumieć?” Niektóre fragmenty są tak zagadkowe i tajemnicze, że przeglądając nawet wypowiedzi wszystkich Ojców Kościoła lub teologów na ten temat nie znajdujemy spójnej wykładni. I dlatego zalecanie świeckim w rozumieniu laików czyli ludzi niewykształcownych teologicznie prowadzenie samodzielnych studiów biblijnych jest narażaniem ich na błędy, skrupuły, konflikty sumienia etc.

[Nieprawdą jest, że]

„82. Niedziela musi być przez chrześcijan uświęcona lekturami pobożnymi, a przede wszystkim lekturą Pism Świętych. Jest rzeczą szkodliwą chcieć chrześcijanina od tej lektury odwodzić”.

Otóż niedziela może być tak uświęcona, ale nie musi. Niedzielna lektury Biblii jest zwyczajem protestanckim, gdyż w protestantyzmie nie ma obowiązku niedzielnego. Niektórzy zostawali w domu i czytali Biblię. Katolicy mają Mszę Świętą i obowiązek niedzielny, zatem obowiązku innych praktyk niedzielnych nie ma. Można, ale nie trzeba.

[Nieprawdą jest, że]

„83. Iluzją jest tłumaczyć sobie, iż znajomość tajemnic religii nie winna być podawana do wiadomości kobietom za pomocą lektury ksiąg świętych: Nie z powodu prostoty kobiet, lecz z pysznej mężczyzn nauki powstało nadużycie Pism i narodziły się herezje”.

No cóż, drogie Panie, niechętnie to przeczytacie, ale chociaż rozum macie czasami większy od męskiego, to jednak niekiedy wasze emocje tak dalece wam go zaciemniają, że nic racjonalnego do was nie dociera, aż się emocje ułożą, co niekiedy trwa miesiącami lub latami. Niestety kobiety dużo częściej aniżeli mężczyźni traktują absolutnie wszystko w kategoriach personalnych. Zatem skrytykowane za jakiś obiektywny błąd np. obliczeniowy na płaszczyźnie emocjonalnej odbierają to jako atak personalny i myślą: „On lub ona mnie nie lubi. Jest wredny/wredna etc. Przy następnej okazji się odgryzę”. I odgryzają się. Ponieważ piszący te słowa naprawdę dużo czasu spędził w towarzystwach mieszanych na konferencjach lub sympozjach naukowych różnego typu, dlatego z całą odpowiedzialnością za słowo stwierdzić może, że dyskusje mężczyzn pomiędzy sobą bywają czasami bardzo zacięte, ale pozostają mimo wszystko rzeczowe nie schodząc „poniżej pasa”, gdyż większość mężczyzn traktuje potyczki intelektualne jako rodzaj sportu, np. boksu, kiedy to cieszą się, że mieli się z kim pobić i nie żywią do siebie, nawet po nokautach i złamanych nosach, urazy, bo to taki sport. Natomiast dyskusji z kobietami w sumie nie ma, gdyż nie różnicują one pomiędzy płaszczyzną obiektywną a subiektywno-emocjonalną i dlatego obrażają się, wpadają w histerię, płaczą, dostają spazmów, donoszą, intrygują i robią różne negatywne rzeczy, które niekiedy trzeba klarować drogą sądową. W związku z tą odmienną specyfiką komunikacji i myślenia bywają także i dzisiaj profesorowie, którzy żadnych doktorantek nie przyjmują, nie dlatego, że kobiet nie lubią, są homoseksualistami lub uważają je za głupie, tylko dlatego, że chcą tych wszystkich scysji i konsekwencji uniknąć. Podobnie jest w większości dużych koncernów, gdzie mówi się o tzw. glass-ceiling effect czyli o „efekcie szklanego czyli niewidzialnego sufitu”. Wyrażenie to oznacza, że kobiety pomimo obiektywnych kwalifikacji w większości przedsiębiorstw na Zachodzie pozostają co najwyżej na stanowiskach kierowniczych średniego szczebla, a nie przedostają się na szczeble najwyższe, np. do zarządu. Na ile efekt ten panuje w Polsce, należałoby przebadać. Dlaczego tak jest? Z powodów, które powyżej przedstawiliśmy. Po prostu kobiety, jako bardziej uzależnione od emocji są po prostu na dłuższą metę gorszymi szefami niż mężczyźni, czego dowodzą statystyki między innymi pytanych pracownic, nie pracowników, które same będąc kobietami o nienawiść do kobiet oskarżone być nie mogą.[16] I dlatego to, co kobiety uważają za mizogynizm, jest po prostu sumą doświadczań męskich, ale i żeńskich typu: „żadnych kobiet, żadnych stresów” lub no woman, no cry, jak śpiewał Bob Marley. Co ciekawe same kobiety za wyłącznie kobiecym towarzystwem także nie przepadają,[17] o czym świadczy nie tylko doświadczenie, ale także ilość zwolnień w firmach z większością kobiet. Z badań wynika, że kobiety najlepiej pracują i najrzadziej chorują w firmach mieszanych, natomiast dużo gorzej mają się w firmach z wyłącznie żeńską „załogą”. Co ciekawe dla mężczyzn jest to bez różnicy, czy firma jest mieszana czy wyłącznie męska. Kwestie te pobłębimy być może w odrębnym artykule. Wracając do potępionych zdań stwierdzić można, że przypisywanie całego intelektualnego zła mężczyznom, a niewinnej intelektualnej anielskości kobietom miało miejsce już u jansenistów i jest tak samo błędne jak reszta jansenistycznych, a obecnie feministycznych poglądów. (I nie ma co się obrażać, drogie Panie!)

[Nieprawdą jest, że]

„84. Wyrywać Nowy Testament z rąk chrześcijan lub trzymać go przed nimi w zakryciu uniemożliwiające zrozumienia go, oznacza zamykać im usta Chrystusa.”

A tymczasem nikt nie wyrywa, nikt nie ukrywa nikt ust Chrystusa, który przemawia w liturgii, nie zamyka.

[Nieprawdą jest, że]

„85. Zabraniać chrześcijanom lektury Pisma Świętego, a szczególnie Ewangelii, to zabraniać synom światłości używania światłości oraz sprawiać, że doświadczają oni swego rodzaju ekskomuniki”.

Ten zarzut jest wyjątkowo perfidny i pokrętny, gdyż nikt lektury Pisma Świętego, szczególnie w językach narodowych, nie zabraniał, ale potrzebna była, jak ukazaliśmy powyżej, zgoda hierarchii. Określenie „synowie światłości” jest co prawda biblijne, ale także gnostyckie i pseudomistyczne. Quesnel, przynajmniej w tym punkcie, nie wyjaśnia, dlaczego „światłością” ma być akturat prywatna lektura Pisma Świętego, a nie korzystanie z sakramentów, od których janseniści odwodzili lub słuchanie kazań w Kościele. Nie pisze on też dlaczego, nieczytanie Pisma jest równoznaczne ekskomuniką, która jest przecież wykluczeniem z Kościoła jako z hierarchicznego Ciała Chrystusa, a nie odwiedzenie kogoś od pewnych praktyk pobożności.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione argumenty przyjąć można, że nieuznawanie Tradycji za równorzędne źródło wiary prowadzi w prostej linii do przyjęcia, przynajmniej na płaszczyźnie praktycznej, protestanckiej zasady sola Scriptura, która prowadzi do powstawania nowych odłamów, wspólnot, a w sumie sekt. Tak w protestantyzmie, jak i niestety w posoborowym katolicyzmie.

[wpedon id=”24285″ align=”left”]

 

[14] http://www.dummies.com/store.html

[15] http://dlabystrzakow.pl/

[16] http://www.dailymail.co.uk/femail/article-1206053/Women-prefer-work-male-bosses-better-managers-prone-moods.html

[17] http://www.theatlantic.com/business/archive/2014/01/why-dont-more-women-want-to-work-with-other-women/283216/ http://business.time.com/2012/05/11/the-real-reason-women-dont-help-other-women-at-work/

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj
error: Content is protected !!
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: