Synod jesienny lub Sobór Watykański II 2.0 (2.2) Paralela II. Nośne hasło kiedyś „otwarcie i dialog” teraz „miłosierdzie”

25v0053a

Czym jest „otwartość”?

Jak wynika z mowy inauguracyjnej Jana XXIII już na początku Soboru jego hasłami stały się pojęcia „otwartości” i „dialogu”, które jak już pisaliśmy pokutują w teologii do dziś. Przyjrzyjmy się nim nieco bliżej. Nie są to terminy teologiczne, ani nawet filozoficzne, ale psychologiczne i związane z duchem czasu. Z pewnością większość ludzi, a szczególnie wykształconych, przynajmniej od czasów Rewolucji Francuskiej, a w sumie od Renesansu, woli uchodzić za „otwartych” niż zamkniętych.

Mamy w polskim określenia „zakuty łeb”, „partyjny beton”, „dogmatyczne podejście”, „konserwa” etc. Na anglojęzycznych forach internetowych każdy określa sam siebie jako open minded. Być może jakiś czytający nas historyk kultury lub literatury może powiedzieć, kiedy to „otwartość” stała się cnotą. Hasło „otwartości” jest zwykłą manipulacją, gdyż żąda, pod pretekstem „nowości”, opuszczenia utartych ścieżek, które zwykle są dobre, skoro się sprawdziły, a w przypadku teologii są to ścieżki dobra i cnoty. Bo jeżeli od 1962 Kościoł ma być otwarty, to znaczy, że przedtem był „zamknięty”, na grzech i świat jak najbardziej, i dlatego się ostał.

Jednakże z punktu widzenia filozofii lub zdrowego rozsądku, coś, co dobrze funkcjonuje nie potrzebuje żadnej otwartości i żądzy zmian, bo działa. Nie jest powiedziane, że wprowadzenie jakiejś inowacji rzeczywiście skutkować będzie powodzeniem. System doskonały to system samowystarczalny i zamknięty. Jeżeli jakiś system lub byt potrzebuje czegoś z zewnątrz, to wówczas samowystarczalny nie jest, a przez to jest niedoskonały. I stąd od czasów pierwszych filozofów greckich doskonałość kojarzona była z samowystarczalnością i niezmiennością. Bóg jest doskonały i niezmienny. My, jako ludzie, dostrzegamy Jego różne cechy i przymioty, ale on sam jest semper idem czyli zawsze ten sam.[1] Ponieważ jednak dla większości osób także w roku 1962 termin „otwartość” posiadał konotację pozytywną, toteż przyjęło się uważać, że teologia ma być „otwarta”. Na Boga, jak najbardziej, ale przecież nie na wszelkie światowe mody. Już święty Paweł pisze:

„Chodzi o to, abyśmy już nie byli dziećmi, którymi miotają fale i porusza każdy powiew nauki, na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości w sprowadzaniu na manowce fałszu.” (Ef 4, 14)

Czym jest „dialog”?

Śledzenie rozwoju myśli czy doktryn, który zapoczątkował już św. Justyn i inni apologeci, służyło obronie wiary i nawracaniu pogan, a nie „dialogowaniu” z nimi. I tutaj przechodzimy do drugiego, jeszcze bardziej uwodzącego hasła tj. dialogu. Dialog jest po prostu rozmową przynajmniej dwóch osób, a swoje literackie początki zyskał w Dialogach platońskich, które tak naprawdę żadnymi dialogami nie są.[2] Dialog jest bowiem dyskusją dwóch równorzędnych intelektualnie partnerów, posługujących się tą samą terminologią i metodologią naukową. W tak idealnych warunkach, rzeczywiście jeden do argumentacji drugiego coś wnieść może, ale punktem wyjścia takiego dialogu jest już posiadana wiedza. Natomiast w nauczaniu lub przepowiadaniu Ewangelii czyli nauczaniu żadnego dialogu być nie może, bo jednak strona wie i wierzy, a druga nie. I dlatego jedna strona tłumaczy drugiej coś dla niej zupełnie nieznanego. Nie ma dialogu, jest nauczanie.

Wiedzieć także trzeba, że Platon uznawał istnienie wiedzy wrodzonej, która, jego zdaniem, bierze się stąd, że ktoś w poprzednim życiu oglądał coś w świecie idei i poprzez poród o tym zapomniał. Dydaktyka jest przeto, zdaniem Platona, przypominaniem tego, co się już wie, a nie uczeniem się czegoś od nowa. Założenie to funkcjonuje jedynie przy przyjęciu reinkarnacji, którą Platon przyjmuje a priori i której nie uzasadnia. Natomiast z punktu widzenia chrześcijaństwa, które żadnej reinkarnacji nie głosi, nie ma żadnej wiedzy wrodzonej, a człowiek przychodzi na świat jako tabula rasa – „niezapisana tablica”, na której trzeba coś poprzez edukację wyryć, jak się da. Co ciekawe nawet sam Platon odszedł od ideału dialogu w swoim późniejszym nauczaniu, głosząc pod koniec życia jedynie wykłady dla wybranych, a nie dialogując z nimi.

Jednak dla chrześcijanina kuszenie „dialogiem” jest o tyle bardziej pokrętne, gdyż ktoś, kto dialogu nie uprawia, automatycznie naraża się na następujące zarzuty:

  • „Nie chcesz ewangelizować!”
  • „Gardzisz ludźmi!”
  • „Uważasz wszystkich za głupich!”
  • „Jesteś pyszny!”
  • „A to tymczasem trzeba tylko sercem … nie rozumem!”
  • „Etc!”

Piszący te słowa przez wiele lat, w związku z zaleceniami swoich posoborowych nauczycieli, dialogował z kim się dało, o czym się dało. Sukcesy odnosił bardzo mierne albo i żadne, co zawsze przypisywał samemu sobie uważając, że może sam za mało wie, nie jest wystarczający życzliwy, elokwentny etc. Okazało się, że te obawy były nieuzasadnione, jednak zawsze zadawał sobie pytania o przyczyny. Jednak pod wpływem lektury Romano Amerio, Iota unum zdał sobie sprawę, że on sam, podobnie jak inni znani mu ludzie, dlatego nie odnoszą żadnych „dialogicznych” sukcesów, ponieważ jest to tą drogą niemożliwe. Jeżeli bowiem, ktoś wiedzący wdaje się w „dialog” na temat swojej dziedziny, to daje tym wyraz:

  1. że sam nic nie wie lub
  2. jest niespełna rozumu.

Załóżmy, że jakiś astrofizyk zacząłby z nami dialogować na temat swojej dziedziny uznając nasze argumenty i radząc się nas w konkretnych kwestiach oraz ciesząc z wszelkich zbieżności. Ponieważ, zakładając, że sami astrofizykami nie jesteśmy, byłby to dialog chłopa z krową na rozstajnej drodze z przypisaniem ról: astrofizyk – chłop, my – krowa, dlatego dziwilibyśmy się, dlaczego ten człowiek rozmawia z nami o czymś, o czym nie mamy pojęcia. „Albo się sam nie zna albo jest niepoczytalny”, taka byłaby zdroworozsądkowa konkluzja. Z jednym astrofizykiem na temat astrofizyki rozmawiać może jedynie drugi astrofizyk o tych samych kompetencjach, jeżeli ów pierwszy astrofizyk ma odnieść jakąkolwiek z tego korzyść.

Natomiast w ewangelizacji czy teologii kładzie się nam od 50 lat do głowy, że każdy coś tam wie i że to my mamy dostosowywać się do jego czy jej poziomu. Ale niestety nie każdy wie na temat religii cokolwiek, często są to pojęcia błędne, a odruchowe dostosowywanie się do kogoś prowadzi, że on czy ona na tym poziomie pozostaje, co skoro to wszystko, to po co. Czy pierwsi apostołowie dialogowali? Nie, przepowiadali! Najpierw było kazanie, a potem ewentualnie dyskusja, jeżeli nie od razu męczeństwo, które też było rodzajem przyznania racji. A tymczasem ten posoborowy prymat „dialogu” prowadzi do zakwestionowania zarówno prawdy jak i jej przeciwieństwa fałszu, jak i tego, że życie wiary jest rozwojem, także intelektualnym, gdzie trzeba argumentować, a nie dialogować. Z teologicznego punktu widzenia Kościół katolicki posiada absolutną pełnią prawdy i świętości i dlatego żadna konieczność „dialogowania” z innymi nie występuje, bo po co? Jeżeli szumnym założeniem „dialogu” jest „wspólne dojście do prawdy”, to założyć trzeba, że się jej w punkcie wyjście nie posiada. Odkrycie prawdy jest jednak indywidualnym procesem intelektualnym, a nie wspólną wycieczką krajoznawczą. Jeżeli już do prawdy, to dlaczego „wspólnie”. Zakładając zupełnie skrajnie, że żadnej prawdy nie ma, jak chcą relatywiści, wówczas „dialogowanie” będzie celem samym w sobie i to celem niekończącym się. Przy takim nastawieniu tracą sens wszelkie argumenty i wszelka ratio, a chodzi wyłącznie o „trwanie w rozmowie”, która nie prowadzi do niczego. A tymczasem człowiek od czasu do czasu musi też działać, nie tylko rozmawiać. I w oparciu o wiedzę i argumenty podejmować decyzje. Tych jednak przy „dialogowym” nastawieniu nigdy podjąć nie może, bo rozmowa się nie kończy. Wybierze przeto to, co najłatwiejsze albo zupełnie wyłączy swoją racjonalność, bo „kto to już może wiedzieć”. Jednak po ustanowieniu „dialogu” metodą teologii, dialog się nie kończy i dialog dialogiem pogania. Mamy „filozofię dialogu”, „dialogiczną strukturę czegoś tam”, „dialog tego z tym i owym” etc. etc. W Polsce z tej filozofii słynął ks. Tischner, którego piszący te słowa miał okazję osobiście poznać i się nim rozczarować, a który, to jest ks. Tischner, słynął ze swoich „góralskich dialogów” oraz z „rozmów marynistycznych”, to jest z rozmów o wdziękach Maryny. No, niestety! I chociaż dialog w Kościele destrukcyjnie postępuje, to postępuje też apostazja począwszy od hierarchów Kościoła i teologów. Czy metoda dialogu zatem coś Kościołowi dała? Odpowiedź brzmi: Nie!

Czym jest „miłosierdzie”?

Współczesnym chwytliwym hasłem tego pontyfikatu jest „miłosierdzie”. Na temat pojęcia miłosierdzia już pisaliśmy i nie zamierzamy się powtarzać.[3] Swoją drogą to ciekawe, jak droga od mocno kontrowersyjnych objawień prywatnych siostry Faustyny poprzez pontyfikat byłego krakowskiego biskupa Karola Wojtyły, a późniejszego Jana Pawła II, przebiega do nam obecnie panującego papieża Franciszka, którego wywodom o „miłosierdziu” jakby inni już przygotowali drogę. Oczywiście nakłanianie innych do grzechu lub nazywanie grzechu cnotą żadnym miłosierdziem nie jest, ale udziałem w grzechu cudzym i w sumie chyba grzechem przeciw Duchowi Świętemu. Jednak także każdy, kto powie, że z tym miłosierdziem nie należy przesadzać, narazi się na zarzut rygoryzmu, brak miłości bliźniego czy inne nieprzyjemne zarzuty. Bóg jest miłosierny, ale i sprawiedliwy oraz wymagający. Przecież nie po to dał swoje przykazania i kazał swojemu Synowi tak za nas cierpieć, który swym cierpieniem nasze grzechy odkupił, by być niekonsekwentnym i rzekomym „miłosierdziem” nagradzać grzeszników za grzeszenie i lekceważenie przykazań Bożych oraz ofiary Chrystusa. Jeżeli Bóg jest tak miłosierny, że wszystko mi wybaczy, a ja i tak pójdę do nieba, to wszystko wolno! To tylko prawo karne i jego egzekwowanie mnie przed czymkolwiek powstrzyma. A tam, gdzie ono już czy jeszcze nie obowiązuje: „Hulaj dusza, piekła nie ma!” To nie żadne miłosierdzie przecież, ale samozatracenie. Jednak nawet samo pojęcie „miłosierdzia” sugeruje, że dane czyny aż tak dobre nie są, skoro miłosierdzia potrzebują. Więc dlaczego próbować granic Bożej cierpliwości? O tym, że ta ostatnia może też mieć dość świadczy cały Stary Testament oraz spore fragmenty Nowego Testamentu. Przecież Sąd Ostateczny kiedyś nadejdzie, na którym nie byłoby kogo sądzić, gdyby miłosierdzie Boże darowało wszystkim ze względu na miłosierdzie. Przez to eliminowana by była różnica pomiędzy dobrem a złem, a w sumie wszelka etyka czy religia.

I tak jak podczas Soboru Watykańskiego II promowano „otwartość” i „dialog” by wprowadzać herezje do Kościoła oraz zaniechać wszelkiego apostołowania zewnętrznego i wewnętrznego lub je mocno osłabić, tak obecnie promuje się „miłosierdzie”, by całe rzesze ludzie wieść na zatracenie lub rozrywać Kościół schizmą. O ile trudno nam wyrokować, na ile papież Jan XXIII i Paweł VI działali świadomie, o tyle rzec trzeba, że papież Franciszek naprawdę w tych kwestiach sam świadomie działa.

[1] Por. https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/02/13/ufnosc-w-milosierdzie-boze-a-nauka-o-jednosci-przymiotow-bozych-w-bogu-1-z-6/

[2] Pisaliśmy o tym już tu: https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/04/18/co-zostalo-z-uczty-bogow-lub-w-poszukiwaniu-owocow-soboru-4-1-nieznajomosc-nauki-kosciola-bledne-zalozenie-dialogu-cz-4-1-z-9/

[3] https://wobronietradycjiiwiary.com/category/teologia/milosierdzie-boze/

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj
error: Content is protected !!
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: