„Program episkopatu – programem narodu” lub o kolektywizmie w duszpasterstwie

Data

O tym, że episkopat Polski przynajmniej od lat 1960-tych powiela nieskuteczne komunistyczne wzorce.
Posłuchaj
5/5 - (5 votes)

Czas lektury: 11 minut

Redakcja z ubolewaniem przyjęła do wiadomości fakt, że episkopat Polski zgodził się na Intronizację Chrystusa Króla.[1] Uważamy to za zły pomysł, bo intronizacji dokonano już w Polsce trzykrotnie: w roku 1920, w 1921 roku i w roku 1951.[2] Żadna nic nie dała w rozumieniu odnowienia wszystkiego „czarodziejską różdżką”, pardon, oczywiście „intronizacyjną różdżką”, i ta również nic nie da. Będzie potem tak samo, co przedtem, z tą różnicą, że pojawi się jeszcze więcej zawiedzionych wszystkim ludzi, a diabeł się ucieszy się, że i tym razem mu się udało. Uważamy przy całej nicości i omylności naszej, że takie akcje to kolejny polski chiliazm oraz w sumie grzech przeciwko Drugiemu Przykazaniu, bo Pana Boga nie należy używać do załatwiania swoich spraw.

Episkopat i „pomysł na duszpasterstwo”

Ale nie o intronizacji będzie tutaj mowa, a o naszym episkopacie, który po śmierci Jana Pawła II nie ma tzw. „pomysłu duszpasterskiego”. Termin „pomysł duszpasterski” jest co prawda wytworem naszej redakcji, ale w sumie określenie „mieć pomysł na coś” jest pochodzenia filmowego lub teatralnego, a określa ono przyjęcie pewnej konwencji ukazania czegoś. I tak trzeba „mieć pomysł na” Hamleta, Żeromskiego (tak, tak też pisał dla teatru) czy Ibsena, żeby ludzie zrozumieli, bo inaczej podobno nie zrozumieją. Problem polega jednak głównie na tym, że nie rozumie sam reżyser i dlatego nie jest on w stanie tego nieistniejącego pomysłu innym przekazać. Aktorzy, marzą, po prostu marzą o reżyserze, który wie, o co mu chodzi, a wtedy każdy da chętnie sobą pokierować, względnie da z siebie wszystko. Nawet największe gwiazdy. Posiadanie pomysłu jest jednak jak się zdaje, rzadkie, co wyjaśnia poziom naszych teatrów, względnie prawie wszystkich teatrów świata. Talent jest zatem rzadki, „posiadanie pomysłu na coś” również. Ale nie o teatrze będzie tutaj mowa, a o episkopacie.

Liturgia posoborowa „teatrem reżyserskim”?

Mimo wszystko porównania z teatrem nie są aż tak chybione, gdyż ktoś słusznie porównał nową liturgię do Regietheater,[3] czyli teatru reżyserskiego.[4] Regietheater[5] lub director’s theater[6] to określenie krytyków teatralnych z lat 1970-tych obrazujące pewien rozwój teatrów w Niemczech,[7] gdzie reżyserzy przestali realizować dane teksty sztuk, a zaczęli realizować swoje pomysły oczywiście ze szkodą dla samego tekstu. Stosując naprawdę daleko idące uproszczenie rzec można, że chodzi w tym wszystkim, czyli w teatrze reżyserskim w Niemczech, głównie o krzyk i miotanie się nago po scenie. Moda ta także dotarła do Polski (z mniejszą dozą nagości) i zaowocowała tym, że nie chodzi się do opery, ale ”na Trelińskiego”, ani na Fredrę, ale na „ [..] wstawić dowolne nazwisko”. W sumie lepsza taka motywacja niż żadna, ale o ile dobrej opery nie sposób zepsuć, bo można zawsze zamknąć oczy, a Treliński rzadko psuje, to przy niektórych pomysłach na dramat lepiej zostać w domu, przeczytać sobie sztukę jako lekturę, wysilić wyobraźnię, zamiast płacić za bilet i denerwować się. Dlaczego nie sposób zepsuć opery? Ponieważ utwór, względnie muzyka, jest święta. Reżyser może ubrać śpiewaków w śmieszne stroje i kazać zachowywać się im niestosownie, ale zarówno muzyka orkiestry, jak i arie pozostaną takimi, jakimi napisał je kompozytor, nawet biorąc pod uwagę inwencję dyrygenta lub jej brak. Reżyser, za co Bogu dziękować, nie może czegoś wykreślić, przestawić takty, zamienić akt trzeci na pierwszy, czy odwrotnie, albo kazać grać równocześnie drugą operę. A w teatrze mamy lub mieliśmy wszystko oprócz reżyserów, którzy rozumieją, o co w tym tekście chodzi.

I dlatego porównanie Novus Ordo z teatrem reżyserskim jest jak najbardziej słuszne, gdyż dzięki olbrzymiej ilości legalnych opcji, (ktoś wyliczył, iż jest ich pięćset szesnaście milionów dziewięćdziesiąt sześć tysięcy i to tylko w Polsce),[8] każdy ksiądz może „tworzyć liturgię sam”, tak jak się niektórym reżyserom wydaje, że to oni „tworzą Szekspira”, który już został stworzony. O ile w przypadku teatru oprócz irytacji widowni i ewentualnej bójki do niczego gorszego nie dochodzi, a najwyżej do tego, że ludzie do teatru nie chodzą i to nie dlatego, że „się nie znają”, ale często dlatego, że „się znają”, tak w przypadku liturgii mszy świętej, bo o to o niej głównie mowa, wierni poprzez pominięcia i opcje pozbawiani są tych resztek świętości, które jednak zawiera także Novus Ordo. O ile przed zmianami liturgicznymi ostatniego Soboru niejako „panem liturgii” był Kościół, a konkretnie rubryki, tak po Soborze „panem liturgii” jest każdy ksiądz.

I niestety ten antropocentryzm liturgiczny przechodzi często w narcyzm, gdyż ktoś, co często widzimy u dzieci, a szczególnie u małych dziewczynek, kto przyzwyczajony jest to bycia w centrum zainteresowania, ten pragnie być w tym centrum zawsze i wszędzie. Bycie w centrum uwagi jest bardzo elektryzujące i łatwo się od tego rodzaju stanów po prostu uzależnić. Jak to mówią aktorzy lub śpiewacy: „Ciężko jest na scenę wejść, ale dużo trudniej jest z niej zejść”. W świecie opery mówi się: „Przyssał się jak pluskwa do kurtyny” i niestety tych pluskiew jest sporo ze szkodą dla muzyki.

Przejścia pomiędzy światem teatru, a światem liturgii wydają się płynne, ale to jednak nie to samo, gdyż sztuka jest grą, chociaż ma też odniesienie do rzeczywistości, a liturgia jest rzeczywistością par excellence, bo rzeczywistością boską w rozumieniu boskiej liturgii, w której liturgia ziemska po prostu uczestniczy, patrz Mediator Dei.[9] W liturgii, głównie w liturgii Mszy Trydenckiej, to np. Przeistoczenie, się dzieje naprawdę, natomiast w teatrze udajemy, że się tak dzieje, chociaż sztuka w jakiś sposób ukazuje rzeczywistość. I tak chociaż Otello, Desdemona i Jago są postaciami fikcyjnymi, to bywa i chorobliwa zazdrość i niewinność, jak i bywają podstępni doradcy oraz intrygi. Więc chociaż to wymyślone, to jednak tak prawdziwe. Jednak warstwa języka Szekspira nie jest dla każdego reżysera zrozumiała, dlatego tak często idzie się przy Szekspirze na skróty argumentując i w tej dziedzinie „prostotą ludu”. I podobnie jak mało wykształcony i doświadczony emocjonalnie reżyser Szekspira po prostu nie rozumie, tak też pozbawiony życia duchowego i wiadomości na temat duchowego i mistycznego znaczenia Mszy Świętej ksiądz także nie rozumie tej ostatniej. I dlatego „musi się coś dziać”, „Msza św. musi być bardziej atrakcyjna”, krótko mówiąc: „Trzeba wydziwiać”, żeby się samemu nie nudzić.

Jak bardzo sprawy w kierunku negatywnym zaszły, ukazują niedawne wypowiedzi głównego ceremoniarza dworu papieskiego abp. Piero Mariniego, który pełnił tę funkcję także za Jana Pawła II. Abp. Marini stwierdził, iż najlepszym środkiem zaradczym na nudę Mszy świętej jest adaptacja kulturowa.[10] Gwoli prawdy przyznać trzeba, że to pytający abp. Mariniego filipiński ksiądz przytacza opinię młodzieży, że Msza św. jest nudna, ale gdyby abp. Marini był innego zdania, to by przecież inaczej na to odpowiedział. Rzeczywiście w porównaniu z Vetus Ordo msza Novus Ordo jest strasznie nudna. Jedynym biskupem, który mówi o głębi Mszy Świętej jest bp. Atanazy Schneider,[11] który chyba celebruje głównie w Vetus Ordo oraz w mniejszym stopniu o jej głębi wypowiada się kardynał Burke, także w Vetus Ordo celebrujący. Po prostu dopiero Vetus Ordo ukazuje całą pełnię Mszy Świętej i to nie w sposób intelektualny, ale duchowy. Piszący te słowa zawsze, naprawdę zawsze od najwcześniejszego dzieciństwa się w kościele na Mszy nudził, czuł się z tego powodu winny i szukał jakichś posoborowych traktatów liturgicznych które by mu Mszę świętą przybliżyły. Dopiero wtedy, gdy poznał Vetus Ordo, Mszę Trydencką nudzić się przestał i niejako „ujrzał i zrozumiał”. Może to jakaś jednostkowa łaska, ale jednak sporo osób ma podobne przeżycia i dlatego do Mszy Trydenckiej zachęcamy. I podobnie jak przy okrojonym teatrze reżyserskim nigdy nie zrozumiemy głębi i prawdziwości Szekspira, tak też przy Novus Ordo nie zrozumiemy głębi i prawdziwości liturgii, a w sumie Boga. Liturgia działa, liturgia jest realna, jest czymś prawdziwym, co dzieje się naprawdę, w realu… Trudno trochę o słowa w tym wszystkim, potrzeba przeżycia i doświadczenia. Gdyby Msza Trydencka sama przez się nie działała, to by przecież jej tak nie zabraniano, ani by uczestnictwa w niej, szczególnie za papieża Franciszka, nie utrudniano. Więc działa i jest prawdziwa. Jak mówi bp. Schneider:

„Msza Trydencka jest jak lew. Wypuście go, a już sam się obroni” (One can compare the traditional Mass with a lion: Let him free, and he will defend himself ).[12]

 

Episkopat dzieckiem systemu

Wracając jednak to kwestii episkopatu rzec trzeba, że biskup wychowany przez całe swoje życie na Novus Ordo uważa własne bycie w centrum zainteresowania, skoro jest kapłanem i biskupem, za coś naturalnego, a jeżeli przypadkowo w centrum zainteresowania nie jest, to pragnie zaznaczyć tym swoją skromność, czyli znowu być w centrum zainteresowania, tyle że odmiennie. Czy księża przed Soborem byli mniej narcystyczni? Nie wiemy, bośmy wtedy nie żyli, a i przeprowadzenie badań równoległych „narcyzm przedsoborowy”, a „narcyzm posoborowy” bez posiadania wehikułu czasu jest niemożliwe. Chyba zawsze narcystyczni byli, ale chyba przed Soborem mniej, gdyż nie było aż tylu skandali obyczajowych biorących się głównie z narcyzmu, gdyż niejednemu księdzu molestującemu taka osobowość została przez biegłego sądowego poświadczona.[13] Przed Soborem księża także byli na widoku, ale jednak mniej, bo celebrowali tyłem do ludu, a kazania głosili ponad głowami wiernych z kazalnicy. Przecież stojąc na niej mało kogo widać, a jedynie pochylone głowy, tak że trudno kierować się „reakcjami publiczności”. Więc chyba musiało być trochę lepiej. Oprócz mniejszych lub większych skłonności narcystycznych naszych księży, które oczywiście rosną wtedy, gdy księża „odnoszą medialny sukces”, będący chyba zawsze klęską dla ich duchowości i pokory, przyznać trzeba, że wszyscy jesteśmy nadal dziećmi komunistycznego systemu. Dotyczy to także osób urodzonych po 1989 roku, którzy stali się tacy, a nie inni, ponieważ ich wychowanie przypadło na okres postkomunizmu, który był, jak sam termin na to wskazuje, postkomunistyczny.

Komunizm epoką kolektywizmu

Czym był komunizm? Epoką mas, kolektywizmu, marszów, zebrań, tłumów, tłumów i jeszcze raz tłumów. Oszczędzimy sobie w tym miejscu przedstawiania tego fenomenu od strony historii kultury czy fenomenologii kultury, bo z pewnością zajęli się tym kompetentnie inni, ale naprawdę rzec trzeba, że jakikolwiek indywidualizm nie był chętnie postrzegany. A ponieważ Kościół rzeczywiście postawą z komunizmem walczył, toteż partyjnym tłumom przeciwstawiano tłumy katolickie. Na „ich” marsze pierwszomajowe, „nasze” procesje, na „ich” święta, „nasze”, na „ich” organizacje młodzieżowe, „nasze” duszpasterstwo młodzieży. Oczywiście to partia próbowała naśladować Kościół, a nie odwrotnie korzystając z tych samych niejako „rekwizytów”: chorągwie, proporce, marsze, co prawda nie figury świętych, ale niejako „ikony” pierwszych sekretarzy … Najłatwiej pokazać to filmowo, kiedy to jedna procesja partyjna trafia na inną procesję kościelną idącą w drugą stronę. Chwyt popularny i trochę już ograny, ale skuteczny. Rzeczy oczywiste stwierdzić najtrudniej, chyba, że człowiek nagle znajduje się zewnątrz systemu. I tak oczywistością jest, że ludzie, także ludzie Kościoła żyjący w totalitarnym systemie nim bezwiednie nasiąkali, mianowicie językiem, symboliką, zachowaniem się. Z pewnością na temat tzw. komunistycznej nowomowy zostały napisane opasłe tomy, a emigranci i opozycjoniści dopiero po latach na Zachodzie uświadamiali sobie, jak bardzo mimo wszystko komunizmem byli przesiąknięci. I tak samo Kościół w Polsce stanowiąc kontrsystem do komunizmu tym systemem w ciągłej konfrontacji nasiąkał. A czym konkretnie? Tym, że muszą być tłumy i to nie tylko na mszach niedzielnych, na które uczęszczali w czasach stanu wojennego tzw. „niewierzący, a praktykujący”, ale także na różnych obchodach, błoniach lub po prostu imprezach masowych. Przypomnijmy pokrótce większe „akcje” prymasa Wyszyńskiego:

  • 1956 Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego
  • 1957-1966 Obchody Tysiąclecia Chrztu Polski
  • 1957 początek peregrynacji kopii obrazu MB Częstochowskiej
  • 1964 ustanowienie Matki Boskiej Królową Kościoła na wniosek prymasa przez papieża Pawła VI poprzedzone oczywiście różnymi modlitwami.

Zauważmy, że większość tej działalności przypada na okres przedsoborowy. Gwoli prawdy przyznać trzeba, że nacisk na „masowość katolicyzmu” jako przeciwwagę do ruchu robotniczego czy liberalnego, a od lat 1920 do faszyzmu i nazimu zaczęto kłaść od czasów Piusa X., a zdecydowanie od czasów Akcji Katolickiej, która powstawała w latach 1905, 1910 i w 1922 biorąc pod uwagę papieskie akty prawne.[14] I rzeczywiście Akcja Katolicka była tym przedsoborowym duszpasterstwem ludzi świeckich, co było biorąc pod uwagę historię Kościoła dosyć późno, wydarzeniem, którego szukaliśmy na próżno, albo o którym zapomnieliśmy w naszym cyklu o Posłuszeństwie.[15] Kwestię Akcji Katolickiej jeszcze przebadamy i coś na ten temat opublikujemy, ale powróćmy do walki Kościoła z komunizmem za pomocą wypracowanego już przed wojną i częściowo przez Akcję Katolicką „oręża mas”. Tak też w latach 1960-tych rolę kościelnego oporu antykomunistycznego pełniły głównie oazy ks. Blachnickiego posługujące się w sumie tym samym językiem, co młodzieżowe organizacje partyjne, a przede wszystkim tymi metodami, co harcerstwo. Były to obozy w sumie harcerskie, tyle że oazowo katolickie, z listami jedności kierowanymi do biskupów, własnym oazowym językiem (np. „stanąć w prawdzie” czy „rozeznać coś”), z proporcami, hasłami dnia, planem „Nowego Człowieka”, dniem wspólnoty, kiedy to prezentowano jedność i masowość. Nie piszemy tego w żaden sposób prześmiewczo lub ironicznie.

Tak było, a ponieważ większość polskiego duchowieństwa w jakiś sposób przez oazy przeszła, to ta właśnie forma duszpasterstwa, czyli ksiądz wobec tłumów lub biskup wobec tłumów, jest dla tych duchownych czymś normalnym i naturalnym. Po wyborze kardynała Wojtyły na Jana Pawła II duszpasterstwo działo się w sumie od jednej pielgrzymki papieża do ojczyzny do następnej, przygotowania, sama pielgrzymka, dziękczynienie i refleksja oraz prośba o kolejną pielgrzymkę. Z czasem o. Jan Góra OP zaczął prowadzić Lednicę na tych samych zasadach: tłumy, tłumy i tłumy, świadczące rzekomo o żywotności wiary i przywiązaniu do Kościoła. A tłumy świadczą wyłącznie o tłumach. Po śmierci papieża Polaka były prośby o „rychłą beatyfikację”, następnie o „rychłą kanonizację”, następnie podziękowania za kanonizację, były jakieś pomniejsze akcje typu Światowy Dzień Czegoś Tam itd. Itp. Teraz przyszła kolej na Celakównę i Intronizację. Business as usual! I z psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia jest to działanie zrozumiałe, bo robi się coś, co się zna i o którym twierdzi się, że zdaje egzamin. Czy jednak naprawdę?

Chrześcijaństwo religią indywidualnej duszy złączonej z Bogiem

Niestety to duszpasterstwo masowe nie jest ani na dłuższą, ani na krótszą metę niczym dobrym, gdyż pod koniec życia zdamy sprawę indywidualnie ze stanu naszej duszy i żadne tłumy nam nie pomogą. „Kościół to nie dom z kamienia i złota, Kościół to żywa wspólnota”, jak mówi oazowa piosenka. Ale niestety tak nie jest. Kościół to Ciało Chrystusa, z Chrystusem jako głową, w które każdy chrześcijanin i katolik jako komórka poprzez chrzest zostaje wszczepiony i daj Boże wzrasta. Ale liczy się przepływ łaski, a nie „wspólnotowości”. Wymagania wspólnotowe są w katolicyzmie minimalne: coniedzielna Msza Święta, jeżeli możemy w niej uczestniczyć, przynajmniej jedna spowiedź w roku i jedna komunia święta. Są to wymagania minimalne, ale tak stanowi prawo kanoniczne, corocznej spowiedzi i komunii wymaga się dopiero od 1215 roku. Można żyć w głuszy, bez księdza, bez Mszy, modlić się, jeść korzonki i zostać nie tylko zbawionym, ale i świętym, bo tacy święci byli. Nie trzeba zatem „siedzieć na kupie”, we wspólnocie i grać na gitarze, ani też uczestniczyć w jakichkolwiek tłumnych imprezach. Przecież ludzie nam w równym stopniu do zbawienia pomagają, jak szkodzą, a niestety raczej bardziej szkodzą niż pomagają, bo „jeśli wejdziesz między wrony, będziesz krakać tak jak one”. Każda grupa ludzka ma to do siebie, że albo człowiek się do niej dostosowuje, albo jest przez nią odrzucany i odchodzi. Ale przecież „wspólnota” może być niebezpieczną sektą! A jeżeli u kogoś Kościół sprowadza się do konkretnej wspólnoty, a faktycznie zawsze tak jest, to opuszczenie wspólnoty równa się w odbiorze danej jednostki apostazji, patrz Ruch Rodzin Nazaretańskich.[16] Przecież nie każdy musi być w jakiejś wspólnocie, jak i nie każdy musi być w jakimś zakonie.

Życie duchowe rozgrywa się pomiędzy Bogiem i duszą. Oczywiście, aby wiedzieć, jak sobie w tym radzić potrzebna jest nauka Kościoła, teologia, kierownik duchowy lub najlepiej kontakt z ludźmi, którzy przeżywają to samo, ale niestety we wspólnotach o ten ostatni najtrudniej, bo ludzie „wspólnotują”, by wprowadzić ten neologizm, zamiast prowadzić życie duchowe. Bo co praktycznie z tej posoborowej wspólnotowości wyrosło? Mnóstwo sekt. Aby zbliżyć się do Boga trzeba porzucić ludzi, oczywiście w sposób odpowiedni do swojego stanu, a wspólnotowość dokładnie temu zaprzecza. Przecież wzorcem życia duchowego są zakony. Tam ludzie razem mieszkają, modlą się, pracują, niektórzy się mniej lub bardziej lubią i przyjaźnią, ale w sumie każdy jest wobec Boga sam, co nie znaczy, że jest samotny. Inaczej człowiek stosuje się do drugiego człowieka, a nie do Boga. Przecież, gdyby np. św. Teresa z Lisieux czy św. Jan od Krzyża „płynęli z prądem”, to by mieli lżejsze życie, ale nie doszliby do świętości. I mówimy tutaj o ich zakonach, a nie o wspólnotach. Więc naprawdę nie tędy droga.

I podobnie jak katolicyzm nie polega na „wspólnotowości”, tak też nie polega on na „masowości”, proszę drogich Księży Biskupów. Kościół to nie imprezy masowe, to odnajdywanie Boga w ciszy adoracji i mszy, głównie Trydenckiej. Największym wydarzeniem liturgii jest Przeistoczenie, które odbywa się w ciszy. I Przeistoczenie jest tak samo ważne podczas cichej mszy trydenckiej, tzw. missa privata, czyli „mszy prywatnej”, jak podczas tych nieszczęsnych masowych mszy papieskich. Tam, gdzie dusza spotyka Boga, tam jest Kościół.

Być może ten cały rozwój od Leona XIII., poprzez Piusa X. i Akcję Katolicką przeciwstawiania katolickich tłumów innym tłumom był chybiony? Może trzeba było pójść bardziej wgłąb niż na zewnątrz w akcje, nawet w Akcje Katolickie? Trochę to brzmi jak za okupacji „chłopcy idą na akcję”. I tak od akcji do akcji się działa, najpierw Akcja Katolicka, potem akcje AK, potem walka akcjami katolickimi z akcjami komunistów, nie zapominając o „akcji liturgicznej” oraz „czynnym uczestnictwie”, co jest nieprawidłowym tłumaczeniem pariticipatio actuosa („uczestnictwo wewnętrzne”), co zaczęto odbierać jako participatio activa („czynne uczestnictwo”). I tak mamy zarówno aktywizm, akcjonizm, jak i masy, a wiara podupada, Kościół się wali. I nasi biskupi, którzy powinni mieć jakąś dodatkową łaskę stanu, brną w to dalej zgadzając się na czwartą Intronizację, tym razem oczywiście porządną. No cóż, trochę to smutne i śmieszne, ale trzeba kończyć i wybrać się na modlitwę indywidualną.

[1] http://www.niedziela.pl/artykul/20435/Intronizacja-Jezusa-Chrystusa-%E2%80%93-rozmowa

[2] http://ekai.pl/wydarzenia/ostatnia_chwila/x23655/aktu-intronizacji-chrystusa-dokonano-w-polsce-juz-trzykrotnie/

[3] http://www.summorum-pontificum.de/themen/liturgiereform/456-liturgie-als-regietheater.html

[4] http://opera.info.pl/index.php/forum/33-Kontrowersje-i-polemiki/263-Teatr-re%C5%BCyserskiczy-inscenizacje-konwencjonalne-

[5] https://de.wikipedia.org/wiki/Regietheater

[6] https://en.wikipedia.org/wiki/Regietheater

[7] http://www.tatsachen-ueber-deutschland.de/pl/kultura/main-content-09/teatr.html

[8] http://breviarium.blogspot.de/2007/05/chaos-liturgiczny.html

[9] https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/04/25/pius-xii-encyklika-mediator-dei-et-hominum-czesc-1/ https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/05/08/pius-xii-encyklika-mediator-dei-et-hominum/

[10] http://www.katholisches.info/2016/01/26/langweilige-messe-erzbischof-piero-marini-das-gegenmittel-heisst-adaptierung/

[11] Piękny ostatni wywiad: http://rorate-caeli.blogspot.com/2016/02/exclusive-bishop-athanasius-schneider.html

[12] Tamże.

[13] http://churchbullies.blogspot.de/2014/07/dealing-with-clerical-narcissism.html http://www.catholiceducation.org/en/culture/catholic-contributions/narcissism-and-the-dynamics-of-evil.html

[14] https://de.wikipedia.org/wiki/Katholische_Aktion https://pl.wikipedia.org/wiki/Akcja_Katolicka

[15] https://wobronietradycjiiwiary.com/category/teologia/teologia-ascetyczna/posluszenstwo/

[16] https://wobronietradycjiiwiary.com/2016/01/30/komunikat-kurii-warszawskiej-dotyczacy-ruchu-rodzin-nazaretanskich-3/

Darowizna przez Paypal

Podoba Ci się ten blog, masz konto Paypal-Konto i chcesz pomóc? Możesz wybrać dowolną kwotę mnożąc ją przez 20 zł. Bóg zapłać!

20,00 zł

 

Pełen dostęp do treści i komentarzy dla subskrybentów. Zaloguj się lub przejdź do Rejestracji.

 

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy zniżkowy okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 12 Miesięcy

Indywidualna

330,00 zł

Ustaje automatycznie, przyłączenie przez administratora
Subskrybuj

Więcej
wpisów

You cannot copy content of this page
×
×

Koszyk

Tradycja i Wiara