„Program episkopatu – programem narodu” lub o kolektywizmie w duszpasterstwie

 preaching Christ

Redakcja z ubolewaniem przyjęła do wiadomości fakt, że episkopat Polski zgodził się na Intronizację Chrystusa Króla.[1] Uważamy to za zły pomysł, bo intronizacji dokonano już w Polsce trzykrotnie: w roku 1920, w 1921 roku i w roku 1951.[2] Żadna nic nie dała w rozumieniu odnowienia wszystkiego „czarodziejską różdżką”, przepraszamy oczywiście „intronizacyjną różdżką”, i ta również nic nie da. Będzie potem tak samo, jak przedtem, z tą różnicą, że będzie jeszcze więcej zawiedzionych wszystkim ludzi, a diabeł się będzie cieszył, że i tym razem mu się udało. Uważamy przy całej nicości i omylności naszej, że takie akcje to kolejny polski chiliazm oraz w sumie grzech przeciwko Drugiemu Przykazaniu, bo Pana Boga nie należy używać do załatwiania swoich spraw.

Episkopat i „pomysł na duszpasterstwo”

Ale nie o intronizacji będzie tutaj mowa, a o naszym episkopacie, który po śmierci Jana Pawła II nie ma tzw. „pomysłu duszpasterskiego”. Termin „pomysł duszpasterski” jest wytworem naszej redakcji i w sumie określenie „mieć pomysł na coś” jest pochodzenia filmowego lub teatralnego, które określa przyjęcie pewnej konwencji ukazania czegoś. I tak trzeba „mieć pomysł na” Hamleta, Żeromskiego (tak, tak też pisał dla teatru) czy Ibsena, żeby ludzie zrozumieli, bo inaczej podobno nie zrozumieją. Problem polega jednak głównie na tym, że nie rozumie sam reżyser i dlatego nie jest w stanie tego nieistniejącego pomysłu innym przekazać. Aktorzy, który miał okazję piszący te słowa także bliżej poznać, marzą, po prostu marzą o reżyserze, który wie, o co mu chodzi, a wtedy każdy da chętnie sobą pokierować, względnie da z siebie wszystko. Nawet największe gwiazdy. Posiadanie pomysłu jest jednak jak się zdaje, rzadkie, co wyjaśnia poziom naszych teatrów, względnie prawie wszystkich teatrów świata. Talent jest zatem rzadki, jak i „posiadanie pomysłu na coś” również. Ale nie o teatrze będzie tutaj mowa, a o episkopacie.

Liturgia posoborowa „teatrem reżyserskim”?

Mimo wszystko porównania z teatrem nie są aż tak chybione, gdyż ktoś słusznie porównał nową liturgię do Regietheater,[3] czyli teatru reżyserskiego.[4] Regietheater[5] lub director’s theater[6] to określenie krytyków teatralnych z lat 1970-tych obrazujące pewien rozwój teatrów w Niemczech,[7] gdzie reżyserzy przestali realizować dane teksty sztuk, a zaczęli realizować swoje pomysły oczywiście ze szkodą dla samego tekstu. Stosując naprawdę daleko idące uproszczenie rzec można, że chodzi w tym wszystkim, czyli w teatrze reżyserskim w Niemczech, głównie o krzyk i miotanie się nago po scenie. Moda ta także dotarła do Polski (z mniejszą dozą nagości) i zaowocowała tym, że nie chodzi się do opery, ale ”na Trelińskiego”, ani na Fredrę, ale na „ [..] wstawić dowolne nazwisko”. W sumie lepsza taka motywacja niż żadna, ale o ile dobrej opery nie sposób zepsuć, bo można zawsze zamknąć oczy, a Treliński rzadko psuje, to przy niektórych pomysłach na dramat lepiej zostać w domu, przeczytać sobie sztukę jako lekturę, wysilić wyobraźnię, zamiast płacić za bilet i denerwować się. Dlaczego nie sposób zepsuć opery? Ponieważ utwór, względnie muzyka, jest święta. Reżyser może ubrać śpiewaków w śmieszne stroje i kazać zachowywać się im niestosownie, ale zarówno muzyka orkiestry, jak i arie pozostaną takie, jakimi napisał je kompozytor, nawet biorąc pod uwagę inwencję dyrygenta lub jej brak. Reżyser, za co Bogu dziękować, nie może czegoś wykreślić, przestawić takty, zamienić akt trzeci na pierwszy, czy odwrotnie, albo kazać grać równocześnie drugą operę. A w teatrze mamy lub mieliśmy wszystko oprócz reżyserów, którzy rozumieją, o co w tym tekście chodzi. I dlatego porównanie Novus Ordo z teatrem reżyserskim jest jak najbardziej słuszne, gdyż dzięki olbrzymiej ilości legalnych opcji, (ktoś wyliczył, iż jest ich pięćset szesnaście milionów dziewięćdziesiąt sześć tysięcy i to tylko w Polsce),[8] każdy ksiądz może „tworzyć liturgię sam”, jak się niektórym reżyserom wydaje, że to oni „tworzą Szekspira”, który już został stworzony. O ile w przypadku teatru oprócz irytacji widowni i ewentualnej bójki do niczego gorszego nie dochodzi, a najwyżej do tego, że ludzie do teatru nie chodzą i to nie dlatego, że „się nie znają”, ale często dlatego własnie, że „się znają”, tak w przypadku liturgii mszy świętej, bo o to o niej głównie mowa, wierni poprzez pominięcia i opcje pozbawiani są tych resztek świętości, które jednak zawiera także Novus Ordo. Co ciekawe podobnie jak Niemcy wymyślili teatr reżyserski, także w Niemczech, czy w krajach niemieckojęzycznych, oprócz Modlitwy Eucharystycznej, zwykle drugiej, inne części stałe prawie nigdy nie są odmawiane, a księża tworzą jak mogą pod życzliwym okiem także tworzących biskupów. Jest oczywiście podobnie także w innych krajów Zachodu i w USA. O ile przed zmianami liturgicznymi ostatniego Soboru niejako „panem liturgii” był Kościół, a konkretnie rubryki, tak po Soborze „panem liturgii” jest każdy ksiądz.

I niestety ten antropocentryzm liturgiczny przechodzi bardzo często w narcyzm, gdyż ktoś, co często widzimy u dzieci, a szczególnie u małych dziewczynek, kto przyzwyczajony jest to bycia w centrum zainteresowania, ten czy te chce być w tym centrum zawsze i wszędzie. Ponieważ piszący te słowa bywał i bywa w centrum zainteresowania, chociaż ma nadzieję, że w jego przypadku nie jest to przymusowe, to jednak wie, jak bardzo jest to elektryzujące i jak łatwo się od tego rodzaju stanów po prostu uzależnić. Jak to mówią aktorzy lub śpiewacy: „Ciężko jest na scenę wejść, ale dużo trudniej jest z niej zejść”. W świecie opery mówi się: „Przyssał się jak pluskwa do kurtyny” i niestety tych pluskiew jest sporo ze szkodą dla muzyki, niestety.

Przejścia pomiędzy światem teatru, a światem liturgii wydają się płynne, ale to jednak nie to samo, gdyż sztuka jest grą, chociaż ma też odniesienie do rzeczywistości, a liturgia jest rzeczywistością par excellence, bo rzeczywistością boską w rozumieniu boskiej liturgii, w której liturgia ziemska po prostu uczestniczy, patrz Mediator Dei.[9] W liturgii, głównie w liturgii Mszy Trydenckiej, to np. Przeistoczenie, się dzieje naprawdę, natomiast w teatrze udajemy, że się tak dzieje, chociaż sztuka w jakiś sposób ukazuje rzeczywistość. I tak chociaż Otello, Desdemona i Jago są postaciami fikcyjnymi, to bywa i chorobliwa zazdrość i niewinność, jak i bywają podstępni doradcy oraz intrygi. Więc chociaż to wymyślone, to jednak tak bardzo prawdziwe. Jednak warstwa języka Szekspira nie jest dla każdego reżysera zrozumiała, dlatego tak często idzie się przy Szekspirze na skróty argumentując i w tej dziedzinie „prostotą ludu”. I podobnie jak mało wykształcony i doświadczony emocjonalnie reżyser Szekspira po prostu nie rozumie, tak też pozbawiony życia duchowego i wiadomości na temat duchowego i mistycznego znaczenia Mszy Świętej ksiądz tej ostatniej także nie rozumie. I dlatego „musi się coś dziać”, „Msza św. musi być bardziej atrakcyjna”, krótko mówiąc: „Trzeba wydziwiać”, żeby się samemu nie nudzić.

Jak bardzo sprawy w kierunku negatywnym zaszły, ukazują niedawne wypowiedzi głównego ceremoniarza dworu papieskiego abp. Piero Marini, który pełnił tę funkcję także za Jana Pawła II. Abp. Marini stwierdził, iż najlepszym środkiem zaradczym na nudę mszy świętej jest adaptacja kulturowa.[10] Gwoli prawdy przyznać trzeba, że to pytający abp. Mariniego filipiński ksiądz przytacza opinię młodzieży, że Msza św. jest nudna, ale gdyby abp. Marini był innego zdania, to by przecież inaczej na to odpowiedział. Rzeczywiście w porównaniu z Vetus Ordo msza Novus Ordo jest strasznie nudna. Jedynym biskupem, który mówi o głębi Mszy Świętej jest bp. Atanazy Schneider,[11] który chyba celebruje głównie w Vetus Ordo oraz w mniejszym stopniu o jej głębi wypowiada się kardynał Burke, także w Vetus Ordo celebrujący. Po prostu dopiero Vetus Ordo ukazuje całą pełnię Mszy Świetej i to nie w sposób intelektualny, ale duchowy. Piszący te słowa zawsze, naprawdę zawsze od najwcześniejszego dziecieństwa się w kościele na mszy nudził, czuł się z tego powodu winny i szukał jakichś traktatów liturgicznych posoborowych, które by mu mszę świętą przybliżyły. Dopiero wtedy, gdy poznał Vetus Ordo, Mszę Trydencką nudzić się przestał i niejako „ujrzał i zrozumiał”. Może to jakaś jednostkowa łaska, ale jednak sporo osób ma podobne przeżycia i dlatego do Mszy Trydenckiej zachęcamy. I podobnie jak przy okrojonym teatrze reżyserskim nigdy nie zrozumiemy głębi i prawdziwości Szekspira, tak też przy Novus Ordo nie zrozumiemy głębi i prawdziwości liturgii, a w sumie Boga. Liturgia działa, liturgia jest realna, jest czymś prawdziwym, co dzieje się naprawdę, w realu… Trudno trochę o słowa w tym wszystkim, potrzeba przeżycia i doświadczenia. Gdyby Msza Trydencka sama przez się nie działała, to by przecież jej tak nie zabraniano, ani by uczestnictwa w niej, szczególnie za papieża Franciszka, nie utrudniano. Więc działa i jest prawdziwa. Jak mówi bp. Schneider:

„Msza Trydencka jest jak lew. Wypuście go, a już sam się obroni” (One can compare the traditional Mass with a lion: Let him free, and he will defend himself ).[12]

Episkopat dzieckiem systemu

Wracając jednak to kwestii episkopatu rzec trzeba, że biskup wychowany przez całe swoje życie na Novus Ordo uważa własne bycie w centrum zainteresowania, skoro jest kapłanem i biskupem, za coś naturalnego, a jeżeli przypadkowo w centrum zainteresowania nie jest, to pragnie zaznaczyć tym swoją skromność, czyli znowu być w centrum zainteresowania, tyle że odmiennie. Czy księża przed Soborem byli mniej narcystyczni? Nie wiemy, bośmy wtedy nie żyli, a i przeprowadzenie badań równoległych „narcyzm przedsoborowy”, a „narcyzm posoborowy” bez posiadania wehikułu czasu jest niemożliwe. Chyba zawsze narcystyczni byli, ale chyba przed Soborem mniej, gdyż nie było aż tylu skandali obyczajowych biorących się głównie z narcyzmu, gdyż niejednemu księdzu molestującemu taka osobowość została przez biegłego sądowego poświadczona.[13] Przed Soborem księża także byli na widoku, ale jednak mniej, bo celebrowali tyłem do ludu, a kazania głosili ponad głowami wiernych z kazalnicy. Przecież stojąc na niej mało kogo widać, a jedynie pochylone głowy, tak że trudno kierować się „reakcjami publiczności”. Więc chyba musiało być trochę lepiej. Oprócz mniejszych lub większych skłonności narcystycznych naszych księży, które oczywiście rosną wtedy, gdy księża „odnoszą medialny sukces”, będący chyba zawsze klęską dla ich duchowości i pokory, przyznać trzeba, że wszyscy jesteśmy nadal dziećmi komunistycznego systemu. Dotyczy to także osób urodzonych po 1989 roku, którzy stali się tacy, a nie inni, ponieważ ich wychowanie przypadło na okres postkomunizmu, który był, jak sam termin na to wskazuje, postkomunistyczny.

Komunizm epoką kolektywizmu

Czym był komunizm? Epoką mas, kolektywizmu, marszów, zebrań, tłumów, tłumów i jeszcze raz tłumów. Oszczędzimy sobie w tym miejscu przedstawiania tego fenomenu od strony historii kultury czy fenomenologii kultury, bo z pewnością zajęli się tym kompetentnie inni, ale naprawdę rzec trzeba, że jakikolwiek indywidualizm nie był chętnie postrzegany. A ponieważ Kościół rzeczywiście postawą z komunizmem walczył, toteż partyjnym tłumom przeciwstawiano tłumy katolickie. Na „ich” marsze pierwszomajowe, „nasze” procesje, na „ich” święta, „nasze”, na „ich” organizacje młodzieżowe, „nasze” duszpasterstwo młodzieży. Oczywiście to partia próbowała naśladować Kościół, a nie odwrotnie korzystając z tych samych niejako „rekwizytów”: chorągwie, proporce, marsze, co prawda nie figury świętych, ale niejako „ikony” pierwszych sekretarzy … Najłatwiej pokazać to filmowo, kiedy to jedna procesja partyjna trafia na inną procesję kościelną idącą w drugą stronę. Chwyt popularny i trochę już ograny, ale skuteczny. Rzeczy oczywiste stwierdzić najtrudniej, chyba, że człowiek nagle znajduje się zewnątrz systemu. I tak oczywistością jest, że ludzie, także ludzie Kościoła żyjący w totalitarnym systemie nim bezwiednie nasiąkali, mianowicie językiem, symboliką, zachowaniem się. Z pewnością na temat tzw. komunistycznej nowomowy zostały napisane opasłe tomy, a emigranci i opozycjoniści dopiero po latach na Zachodzie uświadamiali sobie, jak bardzo mimo wszystko komunizmem byli przesiąknięci. I tak samo Kościół w Polsce stanowiąc kontrsystem do komunizmu tym systemem w ciągłej konfrontacji nasiąkał. A czym konkretnie? Tym, że muszą być tłumy i to nie tylko na mszach niedzielnych, na które uczęszczali w czasach stanu wojennego tzw. „niewierzący, a praktykujący”, ale także na różnych obchodach, błoniach lub po prostu imprezach masowych. Przypomnijmy pokrótce większe „akcje” prymasa Wyszyńskiego:

  • 1956 Jasnogórskie Śluby Narodu Polskiego
  • 1957-1966 Obchody Tysiąclecia Chrztu Polski
  • 1957 początek peregrynacji kopii obrazu MB Częstochowskiej
  • 1964 ustanowienie Matki Boskiej Królową Kościoła na wniosek prymasa przez papieża Pawła VI poprzedzone oczywiście różnymi modlitwami.

Zauważmy, że większość tej działalności przypada na okres przedsoborowy. Gwoli prawdy przyznać trzeba, że nacisk na „masowość katolicyzmu” jako przeciwwagę do ruchu robotniczego czy liberalnego, a od lat 1920 do faszyzmu i nazimu zaczęto kłaść od czasów Piusa X., a zdecydowanie od czasów Akcji Katolickiej, która powstawała w latach 1905, 1910 i w 1922 biorąc pod uwagę papieskie akty prawne.[14] I rzeczywiście Akcja Katolicka była tym przedsoborowym duszpasterstwem ludzi świeckich, co było biorąc pod uwagę historię Kościoła dosyć późno, wydarzeniem, którego szukaliśmy na próżno, albo o którym zapomnieliśmy w naszym cyklu o Posłuszeństwie.[15] Kwestię Akcji Katolickiej jeszcze przebadamy i coś na ten temat opublikujemy, ale powróćmy do walki Kościoła z komunizmem za pomocą wypracowanego już przed wojną i częściowo przez Akcję Katolicką „oręża mas”. Tak też w latach 1960-tych rolę kościelnego oporu antykomunistycznego pełniły głównie oazy ks. Blachnickiego posługujące się w sumie tym samym językiem, co młodzieżowe organizacje partyjne, a przede wszystkim tymi metodami, co harcerstwo. Były to obozy w sumie harcerskie, tyle że oazowo katolickie, z listami jedności kierowanymi do biskupów, własnym oazowym językiem (np. „stanąć w prawdzie” czy „rozeznać coś”), z proporcami, hasłami dnia, planem „Nowego Człowieka”, dniem wspólnoty, kiedy to prezentowano jedność i masowość. Nie piszemy tego w żaden sposób prześmiewczo lub ironicznie. Tak było, a ponieważ większość polskiego duchowieństwa w jakiś sposób przez oazy przeszła, to ta właśnie forma duszypasterstwa, czyli ksiądz wobec tłumów lub biskup wobec tłumów, jest dla tych duchownych czymś normalnym i naturalnym. Po wyborze kardynała Wojtyły na Jana Pawła II duszpasterstwo działo się w sumie od jednej pielgrzymki papieża do ojczyzny do następnej, przygotowania, sama pielgrzymka, dziękczynienie i refleksja oraz prośba o kolejną pielgrzymkę. Z czasem o. Jan Góra OP zaczął prowadzić Lednicę na tych samych zasadach: tłumy, tłumy i tłumy, świadczące rzekomo o żywotności wiary i przywiązaniu do Kościoła. A tłumy świadczą wyłącznie o tłumach. Po śmierci papieża Polaka były prośby o „rychłą beatyfikację”, następnie o „rychłą kanonizację”, następnie podziękowania za kanonizację, były jakieś pomniejsze akcje typu Światowy Dzień Czegoś Tam itd. Itp. Teraz przyszła kolej na Celakównę i Intronizację. Business as usual! I z psychologicznego i socjologicznego punktu widzenia jest to działanie zrozumiałe, bo robi się coś, co się zna i o którym twierdzi się, że zdaje egzamin. Czy jednak naprawdę?

Chrześcijaństwo religią indywidualnej duszy złączonej z Bogiem

Niestety to duszpasterstwo masowe nie jest ani na dłuższą, ani na krótszą metę niczym dobrym, gdyż pod koniec życia zdamy sprawę indywidualnie ze stanu naszej duszy i żadne tłumy nam nie pomogą. „Kościół to nie dom z kamienia i złota, Kościół to żywa wspólnota”, jak mówi oazowa piosenka. Ale niestety tak nie jest. Kościół to Ciało Chrystusa, z Chrystusem jako głową, w które każdy chrześcijanin i katolik jako komórka poprzez chrzest zostaje wszczepiony i daj Boże wzrasta. Ale liczy się przepływ łaski, a nie „wspólnotowości”. Wymagania wspólnotowe są w katolicyzmie minimalne: coniedzielna Msza Święta, jeżeli możemy w niej uczestniczyć, przynajmniej jedna spowiedź w roku i jedna komunia święta. Są to wymagania minimalne, ale tak stanowi prawo kanoniczne, corocznej spowiedzi i komunii wymaga się dopiero od 1215 roku. Można żyć w głuszy, bez księdza, bez Mszy, modlić się, jeść korzonki i zostać nie tylko zbawionym, ale i świętym, bo tacy święci byli. Nie trzeba zatem „siedzieć na kupie”, we wspólnocie i grać na gitarze, ani też uczestniczyć w jakichkolwiek tłumnych imprezach. Przecież ludzie nam w równym stopniu do zbawienia pomagają, jak szkodzą, a niestety raczej bardziej szkodzą niż pomagają, bo „jeśli wejdziesz między wrony, będziesz krakać tak jak one”. Każda grupa ludzka ma to do siebie, że albo człowiek się do niej dostosowuje, albo jest przez nią odrzucany i odchodzi. Ale przecież „wspólnota” może być niebezpieczną sektą! A jeżeli u kogoś Kościół sprowadza się do konkretnej wspólnoty, a faktycznie zawsze tak jest, to opuszczenie wspólnoty równa się w odbiorze danej jednostki apostazji, patrz Ruch Rodzin Nazaretańskich.[16] Przecież nie każdy musi być w jakiejś wspólnocie, jak i nie każdy musi być w jakimś zakonie. Życie duchowe rozgrywa się pomiędzy Bogiem i duszą. Oczywiście, aby wiedzieć, jak sobie w tym radzić potrzebna jest nauka Kościoła, teologia, kierownik duchowy lub najlepiej kontakt z ludźmi, którzy przeżywają to samo, ale niestety we wspólnotach o ten ostatni najtrudniej, bo ludzie „wspólnotują”, by wprowadzić ten neologizm, zamiast prowadzić życie duchowe. Bo co praktycznie z tej posoborowej wspólnotowości wyrosło? Mnóstwo sekt. Aby zbliżyć się do Boga trzeba porzucić ludzi, oczywiście w sposób odpowiedni do swojego stanu, a wspólnotowość dokładnie temu zaprzecza. Przecież wzorcem życia duchowego są zakony. Tam ludzie razem mieszkają, modlą się, pracują, niektórzy się mniej lub bardziej lubią i przyjaźnią, ale w sumie każdy jest wobec Boga sam, co nie znaczy, że jest samotny. Inaczej człowiek stosuje się do drugiego człowieka, a nie do Boga. Przecież, gdyby np. św. Teresa z Lisieux czy św. Jan od Krzyża „płynęli z prądem”, to by mieli lżejsze życie, ale nie doszliby do świętości. I mówimy tutaj o ich zakonach, a nie o wspólnotach. Więc naprawdę nie tędy droga.

I podobnie jak katolicyzm nie polega na „wspólnotowości”, tak też nie polega on na „masowości”, proszę drogich Księży Biskupów. Kościół to nie imprezy masowe, to odnajdywanie Boga w ciszy adoracji i mszy, głównie Trydenckiej. Największym wydarzeniem liturgii jest Przeistoczenie, które odbywa się w ciszy. I Przeistoczenie jest tak samo ważne podczas cichej mszy trydenckiej, tzw. missa privata, czyli „mszy prywatnej”, jak podczas tych nieszczęsnych masowych mszy papieskich. Tam, gdzie dusza spotyka Boga, tam jest Kościół.

Być może ten cały rozwój od Leona XIII., poprzez Piusa X. i Akcję Katolicką przeciwstawiania katolickich tłumów innym tłumom był chybiony? Może trzeba było pójść bardziej wgłąb niż na zewnątrz w akcje, nawet w Akcje Katolickie? Trochę to brzmi jak za okupacji „chłopcy idą na akcję”. I tak od akcji do akcji się działa, najpierw Akcja Katolicka, potem akcje AK, potem walka akcjami katolickimi z akcjami komunistów, nie zapominając o „akcji liturgicznej” oraz „czynnym uczestnictwie”, co jest nieprawidłowym tłumaczeniem pariticipatio actuosa („uczestnictwo wewnętrzne”), co zaczęto odbierać jako participatio activa („czynne uczestnictwo”). I tak mamy zarówno aktywizm, akcjonizm, jak i masy, a wiara podupada, Kościół się wali. I nasi biskupi, którzy powinni mieć jakąś dodatkową łaskę stanu, brną w to dalej zgadzając się na czwartą Intronizację, tym razem oczywiście porządną. No cóż, trochę to smutne i śmieszne, ale trzeba kończyć i wybrać się na modlitwę indywidualną.

[1] http://www.niedziela.pl/artykul/20435/Intronizacja-Jezusa-Chrystusa-%E2%80%93-rozmowa

[2] http://ekai.pl/wydarzenia/ostatnia_chwila/x23655/aktu-intronizacji-chrystusa-dokonano-w-polsce-juz-trzykrotnie/

[3] http://www.summorum-pontificum.de/themen/liturgiereform/456-liturgie-als-regietheater.html

[4] http://opera.info.pl/index.php/forum/33-Kontrowersje-i-polemiki/263-Teatr-re%C5%BCyserskiczy-inscenizacje-konwencjonalne-

[5] https://de.wikipedia.org/wiki/Regietheater

[6] https://en.wikipedia.org/wiki/Regietheater

[7] http://www.tatsachen-ueber-deutschland.de/pl/kultura/main-content-09/teatr.html

[8] http://breviarium.blogspot.de/2007/05/chaos-liturgiczny.html

[9] https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/04/25/pius-xii-encyklika-mediator-dei-et-hominum-czesc-1/ https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/05/08/pius-xii-encyklika-mediator-dei-et-hominum/

[10] http://www.katholisches.info/2016/01/26/langweilige-messe-erzbischof-piero-marini-das-gegenmittel-heisst-adaptierung/

[11] Piękny ostatni wywiad: http://rorate-caeli.blogspot.com/2016/02/exclusive-bishop-athanasius-schneider.html

[12] Tamże.

[13] http://churchbullies.blogspot.de/2014/07/dealing-with-clerical-narcissism.html http://www.catholiceducation.org/en/culture/catholic-contributions/narcissism-and-the-dynamics-of-evil.html

[14] https://de.wikipedia.org/wiki/Katholische_Aktion https://pl.wikipedia.org/wiki/Akcja_Katolicka

[15] https://wobronietradycjiiwiary.com/category/teologia/teologia-ascetyczna/posluszenstwo/

[16] https://wobronietradycjiiwiary.com/2016/01/30/komunikat-kurii-warszawskiej-dotyczacy-ruchu-rodzin-nazaretanskich-3/

Ten post ma 7 komentarzy

  1. Fides

    Szczęść Boże,

    Na początek moje spostrzeżenie, które miałem w listopadzie ubiegłego roku. Po raz pierwszy uczestniczyłem we Mszy św. wg. Vetus Ordo w kościele w listopadzie 2015 r. (w sumie była to moja druga Msza Trydencka, bo pierwsza na jakiej byłem odprawiał ks. Stehlin, dziwiłem się tylko dlaczego odprawiana jest w sali ośrodka kultury, a nie w kościele. Ale po tym przeszedłem do życia codziennego i dopiero później jakieś 2,5 roku zrozumiałem o co chodzi).

    Czym „urzekła” mnie Vetus Ordo. Z jednej strony pewną prostotą, z drugiej zaś mnogością gestów i czynności kapłana. Oczywiście bez uprzedniego studiowania tematu Vetus Ordo jak i obejrzenia filmów prezentujących poszczególne etapy Mszy trochę ciężko byłoby to zrozumieć. Jednak po to Pan Bóg dał człowiekowi rozum, żeby to co nie jest „masowe” samemu odkryć i doczytać.

    Zrozumiałem wtedy skąd te wszystkie zabawy dla ludu w nowej Mszy. Doszedłem do wniosku że z nudów. Ksiądz podczas starej Mszy ma „tyle pracy”: zanosi tyle modlitw, wykonuje sam wszystkie czynności, że choćby chciał coś dodać, to z jednej strony nie miałby gdzie, ani pewnie by mu się nie chciało. Tak jak piszecie Vetus ordo to jest zupełnie inny wymiar sacrum.

    Co do działań Kościoła, to mam wrażenia że nie zajmuje się on prowadzeniem wiernych do zbawienia, a odpowiada na otaczający świat. Świat robi eventy, to my też zróbmy, świat tapla się w seksualności to my pokażmy że seks po bożemu w małżeństwie to jeszcze lepsza sprawa itp.

    Pytanie gdzie się podziało sacrum?

    Chciałem zadać pytanie: abstrahując od tego czy jest sens czy nie dokonywać intronizacji Chrystusa Króla, skoro już tego dokonano, to czy zdaniem redakcji możliwa jest intronizacja w sytuacji kiedy prawo w Polsce sprzeczne jest z prawem bożym? Kiedy w majestacie prawa morduje się nienarodzone dzieci, a obecni rządzący nie widzą w tym problemu, bo jak to „zgwałcona kobieta ma nie mieć prawa do swojego brzucha i usunąć dziecka”. Czy ta intronizacja nie będzie obrazą Boga, z którego praw drwi system prawny w Polsce?

    1. Traditio et Fides

      @ Fides

      Podzielamy Pana odczucia i zapatrywania odnośnie Mszy Trydenckiej.

      A odnośnie Intronizacji to naszym skromnym zdaniem cały pomysł jest pochodzenia demonicznego. Dlaczego? Ponieważ, jeżeli diabeł kogoś nie jest w stanie pohamować, to go pogania. A ludzi pobożnych pogania do jeszcze większej ilości pobożności lub do jakichś nowych praktyk. Ponieważ diabeł zawsze pozostawia ślad swojej osobowości, dlatego jego dzieła naśladujące dzieła Boże nigdy nie są na 100% dobre.

      Przyjrzyjmy się sprawie w podpunktach:

      1. Objawienia prywatne są niekonieczne. 99,9% wszystkich objawień prywatnych jest fałszywych, czyli albo pochodzenia psychiatrycznego albo demonicznego, a pozostały 0,01 % prawdziwych nie jest do zbawienia koniecznie potrzebnych. Więc czym się przejmować?

      2. Objawienia Celakówny nie są uznane, są podejrzane, kolejnej „polskiej mistyczki” świat nie potrzebuje. Nie czytaliśmy ich w całości, ale przeczuwamy znowu „Czarne anioły” i to dużo.

      3. Osoby, które Intronizację promują lub promowały kończyły źle lub dziwnie:
      a. Ks. Natanek – poza Kościołem.
      b. Ks. Kiersztyn i jego stowarzyszenie „Róża” – poza Kościołem oraz nagła i niespodziewana śmierć, która oznaką świętości nigdy nie jest.
      c. Ks. Małkowski – ciągłe i permanentne konflikty z absolutnie wszystkimi przełożonymi, których kiedykolwiek miał.

      4. Ten Chrystus Intronizacyjny jest brzydki, demoniczny i kiczowaty. A przecież Bóg jest pięknem, więc gdyby to od Niego pochodziło, to by ludzi odpowiednio natchnął.

      5. Oczywiście ta czwarta Intronizaja ma się do naszych polityczno-społecznych realiów jak kwiatek do kożucha i to jest właśnie ten demoniczny spirytualizm, bo diabeł jest upadłym aniołem i dlatego to wydumanych spraw duchowych będzie ciągnął i prowadził. Po to, żeby zwodzić.

      6. Naprawdę trudno nam zachować powagę przy tym wszystkim, ale warto zapytać, co sobie ludzie po tej kolejnej Intronizacji obiecują? Wyniesienie Polski ponad inne narody? A dlaczego akurat Polski, a nie Bangladeszu czy Kongo? Tam są gorsi? Bo „nasze jest najlepsze, jest, bo nasze jest”? Że tym razem wszystko się odmieni? Tak miało być po każdych nowych wyborach i jest to samo.

      7. Przecież Chrystus, Bóg Człowiek i Druga Osoba Trójcy Świętej nie służy do żadnych akcji naród z episkopatem scalających.

      8. Jeżeli już trzeba akcji to proponujemy akcję pt:
      a. Msza Trydencka w dogodnej porze w każdej parafii.
      b. Każdy ksiądz uczy się odprawiać Mszę Trydencką, co jest w sumie wymagana w Summorum pontificum, chociaż tam mowa o seminariach.
      c. Przyspieszony kurs tomizmu w domu i zagrodzie.

      Wtedy będzie sacrum i żadne intronizacje nie będą potrzebne. Kościół ma taką pełnię, szczególnie podczas Mszy Trydenckiej, ale także w jego prawdziwej teologii, a ponieważ nasi duchowni o tym nie wiedzą, to potrzebują akcji zastępczych. Z wertykalizmu do horyzontalizmu.

      Kiedyś oglądaliśmy pewien amerykański film na temat skromnego ubierania się dziewcząt. W filmie tym pewna młoda kobieta powiedziała, że dopiero pod wpływem głębszego życia duchowego zrozumiała, na czym ta właściwa skromność polega i zaczęła najpierw się zmieniać, a potem swój styl ubierania się. Poruszyło ją sacrum, a owoce są długotrwałe. I tak powinno być, od wewnątrz na zewnątrz. Nie poprzez akcje i moralizowanie, bo po rzadko kiedy zdaje egzamin, a budzi tylko bunt.

      Liczymy, że po tym komentarzu pewnych czytelników stracimy, a innych może zyskamy, ale trzeba pisać prawdę. W sumie dobrym kompasem jest poczytanie naszej „siostrzanej strony”. To, co tam jest promowane, od tego zdala. A Intronizacja jest promowana od zawsze, więc problem rozwiązuje się sam.

      Pisaliśmy o grzechu przeciwko Drugiemu Przykazaniu w tym kontekście. Grzech ten obejmuje także dziwne, nowe kulty, nie tylko kulty pogańskie sensu stricto. I rzeczywiście uważamy, że ta czwarta Intronizacja Pana Boga obrazi.

  2. Viridis

    Poraził mnie ten wpis. Fatalnie to wszystko wygląda i wolałabym temu zaprzeczyć, ale też się nie da.
    Ja nigdy wspólnotowa nie byłam i nie należałam do żadnych ruchów, ani grup religijnych, a i po nawróceniu, które przeżyłam 6,5 roku temu nie ciągnęło mnie do żadnych wspólnot. Z tego co tu czytam, to w sumie dobrze. Równocześnie to co tu czytam na blogu i co do mnie trafia, tak, że nie mogę tego odrzucić, sprawia, że staję się outsiderem wśród wierzących, bo większość treści po prostu nie jest ludziom znana, a nawet gdy próbuję coś przebąkiwać, to jest to odrzucane. Ja wiem, że Redakcja takich problemów nie ma, bo jest bardzo pewna siebie i ugruntowana w tym, co głosi, a poza tym obraca się wśród ludzi podobnych sobie, o czym już wcześniej wspominała. Abynie zwariować i poznać ludzi podobnie widzących Kościół, zastanawiam się, czy nie porozglądać się wśród duszpasterstw tradycji katolickiej. W związku z tym pytanie czy Redakcja może się wypowiedzieć, co o takowych sądzi? Jak na razie, z tego co patrzę na mszach św trydenckich, to ludzie przychodzący na nie (niektórzy) wyglądają dość dziwnie – ale jest to sądzenie po pozorach.

    Druga sprawa, odkąd dowiedziałam się o czymś takim jak msza św trydencka (czyli od kwietnia tego roku), staram się na nią chodzić w niedziele, ale na mszę św od ok 2 lat chodzę codziennie, a w tygodniu technicznie możliwość mam iść na mszę parafialną novus ordo. Redakcja w kilku miejscach pisała o tym, że słaby stan duchowy kapłana może spowodować, że w jakiś sposób zabrudza on uczestniczących we mszy, którą on sprawuje. Kapłani w mojej parafii nie wydają mi się gigantami duchowymi, mówiąc delikatnie. Wydaje mi się, że nie można wyciągnąć mimo wszystko wniosku, że lepiej wcale nie chodzić na codzienną mszę św novus ordo sprawowaną nawet przez średnio pobożnych kaplanów, bo można się zabrudzić duchowo? Może to głupie pytanie, ale jestem tak oszołomiona tym co tu odkrywam na blogu, że już nie jestem niczego pewna, więc wolę dopytać jakie były intencje piszącego o tym zabrudzaniu się duchowm.

    Uczestnictwo we mszy św codzienne bardzo ważne, jestem przywiązana do tej praktyki od 2,5 roku. Wy piszecie, że wymagania wspólnotowe są kanonicznie bardzo małe – msza św niedzielna, raz w roku komunia św i spowiedź. Nie wiem czy bym daleko zajechała duchowo bez regularnych sakramentów i nawet jeśli do kwietnia tego roku było to tylko novus ordo, to sądząc po owocach i zmianach jakie w sobie dostrzegam, to szłam i idę do przodu. Poza tym, aby iść na mszę codziennie muszę godzinę wcześniej wstawać, co jest jakiś wysiłkiem i mobilizuje mnie. Gdybym sobie to odpuściła, to byłoby mi wygodniej, ale wiem, że nie o to chodzi. Proszę o odniesienie się do mojej wątpliwości

  3. Traditio et Fides

    Proszę się tak nie przejmować, bo Pan Bóg widzi Pani intencje i poprowadzi.

    1. Żadnych duszpasterstw także tradycyjnych polecić z czystym sercem nie możemy, bo mało takich znamy. Tak, będą tam ludzie dziwni, nawiedzeni, zaciekli antysemici i inkwizytorzy hobbiści. Trudno, chodzi o mszę oraz jak dany ksiądz tym kieruje. Przed 1970 była wyłacznie Stara Msza, a ludzi i grzeszyli i herezje też były.

    2. Owszem, ludzie brudni duchowo, żyjący w grzechu ciężkim, mogą nas zabrudzić. Ale jeżeli praktya codziennej mszy świętej Pani coś daje, są to msze ważne, a księża ci są w stanie łaski, a nie są na przykład notorycznymi konkubinatariuszami, jak np. w okolicach redakcji, to na te msze chodzić, bo Przeistoczenie jest ważne, a Pan Jezus obecny. Nie należy wylewać dziecka z kąpielą. Msza Trydencka uświęca bardziej, o ile jest dostępna. Proszę się tych zabrudzeń duchowych nie bać, bo Pan Bóg chroni jeżeli jesteśmy pod płaszczem łaski i Go rzeczywiście szukamy.

    3. Skoro Pani chodzi codziennie na Novus Ordo, a co niedzielę na Tridentinę, to sama najszybciej odczuje Pani różnicę. Więc na Novus Ordo chodzić nadal. Jeżeli balibyśmy się zabrudzić duchowo, to bylibyśmy skazani na mszę może u jednego księdza na kraj lub kontynent, więc nie należy przesadzać.

    4. To prawda, że człowiek chce przynależeć i chce być akceptowany. Ale ludzie pewnych rzeczy nie wiedzą i czasami warto zastanowić się, czy zburzyć komuś jego lub jej światopogląd nie dając nic w zamian. Bo obecnie w Kościele jest ruina, tylko nie każdy to widzi.

    5. Istnieje dogmat o gratia sufficiens, iż każdemu Pan Bóg daje tyle łaski, ile jest mu do zbawienia potrzebne. I nasza redakcja tego na własnej skórze doświadcza, że tak jest. Pan Bóg prowadzi też stopniowo. Niech się Pani pokornie pomodli o wskazanie drogi do Boga, żeby Mu jeszcze lepiej służyć. Z pewnością w swoim czasie wysłucha, ale takie odpowiedzi poprzedzane są często całymi latami pustyni.

    6. Proszę od sakramentów nie stronić, ani z nich nie rezygnować, ale dobrze byłoby, gdyby zaczęła się Pani modlić także po łacinie, bo to wielkie źródło łaski. Piszący do Pani nie jest w aż tak komfortowej sytuacji, jakby się wydawać mogło, ale to właśnie Brewiarz Trydencki jest dla niego głównym źródłem łaski. Pan Bóg już to tak dozuje, żeby było dobrze i nie wymaga od nas rzeczy, do których nas wpierw sam nie przygotował i dlatego, jak mówi teologia, nagradza w nas swoje własne dzieła. Ten traktat o łasce też trzeba będzie napisać.

    Z Bogiem i życzymy pogody ducha

  4. Viridis

    Dziękuję za odpowiedź. Tak myślałam, ale mnie jest trudno zaufać samej sobie, że dobrze myślę.
    Tak, od paru miesięcy mam „smaka” na łacinę, jeśli można to tak nazwać. To znaczy nauczyłam się podstawowych modlitw i nie sprawiło mi to większego problemu, co jest zaskakujące, bo dotychczas wydawało mi się, że to język pogmatwamy i nie do przyswojenia (a kiedyś próbowałam się bez skutku nauczyć jednej pieśni maryjnej). Jakoś staram się ten „smak” pielęgnować i uczyć dalej, np.hymnów św Tomasza z Akwinu, co swoją drogą jest niesamowite, bo ucząc się adoro te devote pojęłam lepiej kilka prawd dotyczących Najświętszego Sakramentu. Kupiłam też stary brewiarz, ale na razie jego skomplikowanie mnie odstręcza. Ale nie będę się poddawać, tylko jakoś dawkować w miarę sił.

  5. Tomasz M.

    Ja osobiście byłem przez wiele lat w neokatechumenacie,
    a jeszcze dłużej i już ‚bardzo poważnie’ w Odnowie i ruchach charyzmatycznych około – odnowowych.

    I mogę to poświadczyć z własnego doświadczenia że oba te ‚nowe ruchy religijjne’ bardzo mocno akcentują wspólnotowość. Akcentują to mało powiedziane.
    Konieczność ‚bycia we wspólnocie’ jest tam głoszona praktycznie na równi z ‚Kerygmatem’,
    tak jakby zaraz po ‚Kerygmacie’.
    Czyli głosi się prawdę o grzeszności człowieka, Śmierci i Zmartwychwstaniu Chrystusa, Zesłania Ducha Świętego, … , o Sakramentach … i tu zaraz pojawia się ‚wspólnotowość’.

    Bycie we wspólnocie to jeden ze ‚środków zbawienia’, tak jest przedstawiane,
    obok takich obiektywnych filarów jak sakramenty i modlitwa osobista.
    To jest wpisane w ‚teologię’ tych ruchów, i w praktykę, można to dość łatwo wykazać na podstawie materiałów formacyjnych czy to odnowy, szkół nowej ewangelizacji czy neokatechumenatu.

    Ja mam sporo znajomych w obu tych ruchach, i dopiero po 2-3 letniej ‚abstynencji’ – ‚odwyku wspólnotowym’ zacząłęm zauważać min. to co pisze redakcja tu i w komentarzu powiązanym i następnym (link poniżej).
    [ https://wobronietradycjiiwiary.wordpress.com/forum/comment-page-1/#comment-2565 ]

    Ludzie (moi znajomi ze ‚wspólnot’) mają spaczone myślenie. Sam je miałem.
    Uważają mnie – który teraz ‚nie jest we wspólnocie’ – za kosmitę.
    To jest naprawdę jakiś psycho-manipulacyjny lęk żeby koniecznie ‚być we wspólnocie’ ,
    a może nawet lęk o podłożu duchowym.

    Ja sam miałem ten lęk przez jakiś rok – dwa, po moim odejściu z tych wszystkich ruchów –
    – że coś ze mną jest nie tak bo ‚nie jestem we wspólnocie’,
    że idę jakąś ‚ryzykowną drogą duchową’ bo nie we wspólnocie.

    Z drugiej strony, już ‚będąc we wspólnocie’,
    występuje jakieś takie chore zjawisko poszukiwania ‚wspólnoty idealnej’.
    Że ma być jakieś takie emocjonalne ciepełko, albo nie wiadomo co.
    I ma być miło, i każdy ma być ‚przyjęty’ , …. .
    I wtedy wychodzi że ‚ci inni’ się za mało angażują ‚we wspólnotę’ a przecież ‚ja się angażuję’.
    Że niby jak ‚będzie jedność’ to będzie szczególnie działał ‚Duch Święty’.
    No i ciągłe lęki i rozkminki że ‚nie ma jedności ….. ‚ .
    Bo jest za mało ‚charyzmatów’, więc pewnie dlatego że ‚nie ma jedności’.
    I wiele osób pozostaje w jakieś pułapce psychologiczno – emocjonalnej, goniąc za jakimś mitem ‚jedności’, albo mówienia sobie prawdy – upominania, służenia sobie wzajemnie, whatever ……. . .
    Ludzie są często – gęsto wykończeni tym tempem życia wspólnotowego (ilość sytuacji emocjonalnych i ilość ‚posługi’), ludzie już tym przysłowiowo spontanicznie ‚rzygają’ (wiem z rozmów ze znajomymi),
    ale nie umieją rzucić wspólnoty.
    I ciągle są narażeni na tą szarpaninę emocjonalną i czasową (ilość czasu spędzana ‚we wspólnocie’).

    Ja tak sobie myślę że problem jest mega poważny.
    Że to nie jest tak że ‚troszkę coś tu nie gra’.
    Z ‚ambon odnowy / neo’ głoszona jest fałszywa nauka że człowiek musi być we wspólnocie.
    Po prostu głoszone jest jakieś zwodzenie – niezgodne z nauczaniem Kościoła, z dogmatami.

  6. Oksana

    Chcę wkleić link do kazania ks. prof. Edwarda Stańka na pierwszą niedzielę Adwentu 2016,w którym się dzieli swoim świadectwem z końca lat sześćdziesiątych, od 3.50, ale i całość warto wysłuchać. Nie znalazłam miejsca gdzie by to pasowało, może tutaj.
    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/B/BA/Staniek/2016/11/27/491.mp3

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj
error: Content is protected !!
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: