Maria Kominek OPs: Garść refleksji nad zmianami liturgicznymi (1 z 3)

Heilige-Katharina-von-SienaOd wielu lat staram się codziennie być na mszy świętej. Oczywiście uczestniczę głównie w mszach odprawianych według Novus Ordo Missae, zwanego w skrócie NOM. Jak tylko jednak mi się uda być na mszy “trydenckiej”, korzystam z możliwości. W ciągu tych lat widziałam bardzo różne celebracje “nowej” mszy, czyli mszy świętej w rycie zwyczajnym. I tylko jeden “rodzaj” celebracji w rycie “nadzwyczajnym”. Chociaż (zaznaczam specjalnie, by nie wywołać błędnego wrażenia), że uczestniczyłam w mszach trydenckich, odprawianych przez różnych kapłanów. Nie mam tu na myśli czasów sprzed reformy liturgicznej. Wtedy, siłą rzeczy, nie było porównania, a i ja byłam albo za młoda, albo za głupia, by zastanawiać się nad liturgią. W czasach późniejszych jednak w niektórych kościołach, najczęściej zakonnych, można było w miarę często być na mszy porannej w rycie trydenckim. Z reguły celebrowali ją starsi księża, którzy mieli na to pozwolenie od Kardynała Prymasa St. Wyszyńskiego lub swoich przełożonych. Reforma liturgiczna, dzięki Prymasowi Tysiąclecia była wprowadzana bardzo powoli. Pozwoliło to ustrzec Kościół w Polsce przed ruiną, która miala miejsce na Zachodzie Europy.

Choć i w tamtych czasach byli księża “nowatorzy”, było ich na tyle mało, że nie potrafili zaszkodzić ogółowi. Takie nowinki jak “msza beatowa” w Podkowie Leśnej były przyjmowane raczej z sympatią. Trzeba jednak dobrze sobie uświadomić, że większość z nas dała się ponieść pewnej euforii i wydawało się nam, że zmiany liturgiczne mogą wyjść Kościołowi tylko na dobre. Wspomina o tym w różnych swoich rozważaniach kardynał J. Ratzinger. Widział on skutki reformy – opustoszałe kościoły i wcześniej zauważył, że oczekiwana wiosna zmieniła się w srogą zimę.

My jednak tu w Polsce mieliśmy względny porządek, msza “tyłem” lub “przodem” była zawsze celebracją Tajemnicy, przed konfesjonałami były kolejki, nawet członkowie partii brali potajemne śluby i chrzcili swoje dzieci, komunia święta była na kolanach. (Obecnie niestety młodzi ślubów często nie biorą i żyją “na kocią łapę” mimo, że nie ma żadnych do tego powodów.) Nabożeństwa były tak jak zawsze, po kościołach jeszcze śpiewano nieszpory, przy kapliczkach przydrożnych się modlono i śpiewano litanie. I Bogu dziękować wiele tych elementów niezmienionych jest do dziś. Jeszcze są nabożeństwa październikowe, majowe i czerwcowe, jeszcze regularnie odprawia się Drogę Krzyżową, jeszcze ludzie modlą się na różańcu. Jeszcze jest tyle dobrego, że (jestem głęboko o tym przekonana) łatwo może nastąpić odbudowa tego co stracono. A stracono niestety wiele.

Cały czas uspakajaliśmy się mówiąc: “u nas tego czy tam tego nie ma, to tylko na Zachodzie”. Ktoś przyjeżdżał i opowiadał, że widział jak ksiądz siada, a świecki rozdaje komunię, my mówiliśmy: “to zwariowany Zachód”, opowiadali, że ludzie idą gęsiego do komunii – kwitowaliśmy to słowami: “u nas tego nie ma”. Pamiętam bardzo wyraźnie kiedy pierwszy raz w życiu zobaczyłam podanie komunii św. na rękę. Było to w 1992 roku na pewnym spotkaniu dominikańskim w Budapeszcie. Moi świeccy bracia i siostry z krajów zachodnich szli w kolejce i przyjmowali komunię na rękę. Dostałam normalnie spazmów. Płakałam chyba przez dwie godziny, a pewien starszy francuski dominikanin chcąc mnie uspokoić powtarzał ciągle: “ale nie płacz, przecież papież pozwolił”. Szok był tak duży, że wydaje mi się trwa u mnie do dziś dnia. Nie mogę spokojnie patrzeć na kogoś, kto podchodzi, bierze Ciało Pańskie do ręki i potem sobie najspokojniej w świecie idzie na miejsce. Choć zdarzyło mi się już widzieć i interweniować, gdy ktoś sobie odchodził trzymając Komunikant w dłoni. Tłumaczył się potem, że chciał sobie “poadorować”.

Tak, to wszystko “tam” już było, ale u nas jeszcze było dobrze i nie martwiliśmy się specjalnie. Co prawda różne ruchy wprowadzały różne dziwactwa, ale to też rzucaliśmy na karb młodości, braku doświadczenia. Jeśli zresztą były takie celebracje mszy, że znieść tego nie można było, zawsze można było wybrać sobie inną godzinę, innego celebransa, nawet inny kościół (z wyjątkiem małych miejscowości, ale tam było spokojniej). A niszczenie liturgii powoli postępowało. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wraz z innymi prądami z Zachodu wszedł “na całego” trend do wprowadzania coraz to nowszych pomysłów liturgicznych. I o ile jeszcze – podkreślam to po raz kolejny – mamy zachowane w wielkiej mierze nabożeństwa (tak źle widziane przez przeciwników pobożności “ludowej”) o tyle celebracja Najświętszej Ofiary przestaje być celebracją “według rubryk”, a zaczyna być kreatywnością kapłana. Nie wszędzie oczywiście – nie wolno nic uogólniać.

Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj
error: Content is protected !!
×
×

Koszyk

%d bloggers like this: