Koronawirus i zaćmienie widzialności Kościoła. Nieznany wirus lub mit AIDS (1 z 5)

Chociaż piszący te słowa uważa, że żadnego koronawirusa nie ma, to jest on mimo to w percepcji społecznej obecny.

Czy koronawirus istnieje?

Wszystko wskazuje na to, że koronawirus jest tzw. „chorobą testową”, która powstaje wtedy, gdy do obrazu klinicznego dawno znanej choroby A dochodzi test, który ze znanej choroby A czyni nową, nieznaną i niebezpieczną chorobę B. Ponieważ choroba B. wydaje się groźna, toteż lekarze ze strachu stosują takie przedawkowanie leków, iż pacjenci umierają jak muchy. Niestety mało kto zakłada nawet teoretycznie, że pacjent umiera z powodu kuracji, a nie pomimo kuracji. Lekarze stosujący końskie dawki leków są prawnie po bezpiecznej stronie, gdyż rzeczywiście próbowali wszystkiego, a pacjent niestety umarł, bo i tak bywa.

Jak to było z AIDS

Świetnym przykładem „choroby testowej” jest AIDS, który tak naprawdę nie istnieje. AIDS, jak od lat głosi niemiecki lekarz internista Dr. Claus Köhnlein, jest zbiorem około trzydziestu chorób takich jak gruźlica, rak, chłoniak, toksoplazmoza i inne, która posiadają znany od lat obraz kliniczny, a AIDSem stają się dopiero wtedy, gdy dochodzi do nich pozytywny test na wirusa HIV.  I tak rzeczywiście chorzy pacjenci zostali poddawani w latach 1980-tych i 1990-tych bardzo agresywnej terapii ACT, która ich zabijała, gdyż lekarze zakładali wirusa, którego nie było.  Niestety terapii tej poddawani byli także całkowicie zdrowi ludzie z pozytywnym testem, których również stopniowo uśmiercano.

Wirus?

Rzekomego wirusa przedstawił 24. kwietnia 1983 roku na konferencji prasowej amerykański lekarz Dr. Robert Gallo, przez co powstał mit, iż AIDS jest chorobą wirusową przenoszoną drogą płciową.  Dowodu na to do dziś nie przedstawiono, co stwierdziło między innymi dwóch noblistów. Pierwszy z nich to wirolog Peter Duesberg, który twierdzi, że z wirologicznego punktu widzenia HIV żadnym wirusem nie jest. Drugi biochemik Kary Mullis do dziś czeka na naukowy dowód, że HIV powoduje AIDS. Jak pięknie ukazuje ten dokument  obydwaj naukowcy mogli dojść do powyższych wniosków jedynie dlatego, ponieważ patrzą oni na całą sprawę z boku i nie są ani lekarzami ani też nikim kto z badań nad AIDS żyje. Pierwszy z nich całe życie bada wirusy, więc wirusa pozna na pewno, a drugi szukał przypisu do swojej pracy, o tym, że HIV powoduje AIDS i przekopawszy całą literaturę przedmiotu tego dowodu nie znalazł. Wszyscy inni zakładają, że tak jest, bo tak podano na konferencji prasowej. I tak fakt medialny stał się faktem naukowym.

Terapia ACT

Byłoby to może i śmieszne, gdyby nie koszty społeczne. Lekarze zakładając wirusa tegoż wirusa terapią ACT wybijali. Terapia skutkowała pozytywnie przez pierwsze cztery miesiące, a następnie pacjenci umierali, czego nie było już w statystykach, gdyż grupę placebo prowadzono jedynie równolegle przez pierwsze cztery miesiące, tak iż wprowadzając terapię ACT nie znano długotrwałych skutków intoksykacji. Zabójczych skutków leczenia ACT dowiódł sondaż Concorde z 1994 opublikowany w medycznym piśmie The Lancet przeprowadzony na grupie 1.749 pacjentów z HIV.  Mówiąc krótko pacjenci marli jak muchy, a dopiero redukcja dawki ACT i późniejsze rezygnacja z tego leku przedłużyła życie niektórym z nich. Jak relacjonuje dr. Köhnlein i co ukazane jest między innymi w tych filmach  rzekomy AIDS przeżyli jedynie ci, którzy w latach 1980-tych odmówili terapii.

Czego dowodzi test PCR?

Rzekomy test na AIDS nie dowodzi niczego, czego dowiedli w 1993 roku dwaj australijscy naukowcy [od 35:00 w filmie], którzy wysłali jedną próbkę do różnych laboratoriów na świecie. Okazało się, że według wyników z jednych laboratoriów test był pozytywny, to znaczy dana osoba miałaby HIV, według innych negatywny.  Powodem tego nieporozumienia były nie tylko różne standardy w różnych krajach i różnych laboratoriach, ale przede wszystkim to, że test na AIDS, jak i obecny na koronę, należy do grupy testów PCR  [od 9:17]. PCR to test oparty polymerase chain reaction, który odznacza się tak wielką wrażliwością, że reaguje dosłownie na wszystko, przez co rzekomo cała Afryka ma AIDS, którego nie ma, bo AIDS nie istnieje. I tak cytowany przez nas artykuł naukowy z 1996[1]  we wnioskach stwierdza:

The PCR assay is not sufficiently accurate to be used for the diagnosis of HIV infection without confirmation. 

Test PCR nie jest wystarczająco dokładny, by stosować go do diagnostyki infekcji HIV bez potwierdzenia.

Powyższy wniosek jest przyczynkiem do kwadratury koła, gdyż:

  1. Przy identycznym obrazie klinicznym
  2. test PCR na AIDS sprawia, że
  3. z choroby X robi się AIDS.

Jeśli przyjąć wniosek badaczy AIDS nie istnieje, bo jedynym zewnętrznym kryterium o HIV stanowiącym jest właśnie ten zawodny test żądający zewnętrznych kryteriów, których nie ma. W praktyce wygląda to tak, że najpierw pyta się pacjenta o to, czy należy do „grupy ryzyka” jako np. narkoman, homoseksualista, prostytutka, a potem w świetle jego zeznać interpretuje się wspomniany test. I jako to nauka? Ano właśnie żadne. Na szczęście osoby z rzekomym AIDSem nie są już dziś poddawane tak zabójczej terapii, więc żyją, chociaż brane niepotrzebnie leki na wirusa, którego nie ma z pewnością je osłabiają.

AIDS chorobą lifestylową

Jak słusznie twierdzi Dr. Köhnlein rzekomy AIDS jest chorobą lifestylową, gdyż homoseksualny tryb życia jest bardzo niezdrowy i osłabia odporność, gdyż seks analny (pardon!) polega na wprowadzania cudzego białka do organizmu strony biernej, które jest traktowane przez system immunologiczny tej ostatniej jako zagrożenie. I tak już w latach 1970-tych Dr. Juliane Sacher, będąca wówczas lekarzem zakładowym niemieckiej Lufthansy stwierdziła, że stewardzi latający do Nowego Jorku mają stale podwyższony poziom leukocytów, chociaż poza tym byli zdrowi. Nie potrafiła sobie tego wówczas wytłumaczyć i dopiero w latach 1980-tych okazało się, że po pracy oddawali się tam wiadomym sobie uciechom. I tak na samym początku w roku 1983 późniejszy AIDS nazywał się GRID = Gay Related Immundeficiency-Syndrom, gdyż występował on u młodych amerykańskich homoseksualistów, z których prawie wszyscy byli ciężkimi narkomanami [20:08], którzy prowadzili styl życia sex & drugs & rock’n roll.

Wiedzieć trzeba, że prawie wszyscy homoseksualiści konsumowali i konsumują tzw. poppersy, to jest wdychane środki odurzające wywołujące rozluźnienie mięśni gładkich, a zwłaszcza zwieracza odbytu, co umożliwia odbycie stosunku analnego. Poppersy w latach 1970-tych i 1980-tych zawierające azotyn amylu były jeszcze bardziej toksyczne niż dzisiaj, co prowadziło u pierwszych ofiar GRID, jako informuje wikipedia do „zachorowań na mięsaka Kaposiego i pneumocystowe zapalenie płuc”. Mięsak Kaposiego to rodzaj raka skóry, którego pochodzenie łatwo wyjaśnić inhalacją trucizny, która wydalana jest między innymi przez skórę.  Kiedy w USA zmieniono skład chemiczny popersów eliminując w dużym stopniu azotyn amylu „epidemia” mięsaka Kaposiego ustała, chociaż „grupa ryzyka” swoich ryzykownych zachowań nie zmieniła.

I tak w przypadku AIDS mamy do czynienia z przyczynowo-skutkowym łańcuchem pomyłek:

  1. przyjęcie teorii wirusa HIV, którego nie ma,
  2. posługiwanie się testem na AIDS PCR, którego niczego nie dowodzi,
  3. epidemia AIDS, którą zawdzięczamy testom,
  4. uśmiercanie pacjentów poprzez przedawkowanie leków przy założeniu a).

I podobny schemat zaobserwować można przy obecnym koronawirusie, o czym będzie w następnym wpisie.

[1] Owens et. Al., “Polymerase chain reaction for the diagnosis of HIV infection in adults. A meta-analysis with recommendations for clinical practice and study design”, Ann Intern Med 1996 May 1; 124(9): 803-15.

[Ciąg dalszy nastąpi]

Reklamy