Hilary White: Późne i utracone powołania: Zagłada „tradycyjnych” zakonnic.

Data

To nie prawda, że nie ma już powołań. Nie ma zakonów, w których prawdziwe powołanie mogłoby być zrealizowane. Na Zachodzie zaczęło się to po Soborze, w Polsce w latach 1990-tych. Zaczyna się od braku powołań do żeńskich zakonów czynnych, kończy na braku powołań kapłańskich.

Ręce do góry! Każda, kto jest a) kobietą, b) panną w wieku pomiędzy 40 a 50 lat oraz c) wierzy, że od najwcześniejszych wspomnień czuła powołanie do życia zakonnego. No dalej, podnoście je… przecież wiecie kim jesteście.

Co się stało? Jak coś takiego wygląda?

Osiągając wiek pomiędzy 22-35 rokiem życia zebrałaś w sobie na tyle odwagi, aby wyjść na zewnątrz i rozejrzeć się za odpowiadającym Tobie zakonem lub wspólnotą religijną. Ale były wtedy lata 80-te lub wczesne 90-te i wszystkie zakony jakie odnalazłaś, okazały się być wypalonymi i toksycznymi przestrzeniami skażonymi marksistowskim feminizmem, w których pełno było podstarzałych aktywistek w spodniach poliestrowych garniturach, gadających jedynie o prawie do aborcji i o „ucisku” jaką Kościół wywiera na kobiety. Po prostu nie mogłaś znaleźć żadnych zakonnic.

A to pragnienie [wstąpienia do zakonu Red.] wciąż tliło się w Tobie, nawet wtedy kiedy Twoja kariera zawodowa zaczęła się rozwijać, bez względu na ilość sukcesów jakie osiągałaś w życiu. Nie mogłaś sobie z tym poradzić, szukałaś rozpaczliwie, odwiedzałaś zakony, kolekcjonowałaś broszury informacyjne o zakonach (wypełniają ci kilka kartonów po butach, nieprawdaż?) i pisałaś listy, a w późniejszych czasach przeczesywałaś Internet. Im więcej wspólnot zakonnych odwiedzałaś i rozmawiałaś z ludźmi, tym bardziej zaczęłaś pojmować jak jak całkowitą jest ta destruckja [życia zakonnego Red.]. Odwiedzałaś zgromadzenia słynące z ich „konserwatyzmu” i bardziej „tradycyjnego” stylu, tylko  po to, by  spostrzec, że pod powierzchnią – często nawet nie aż tak głęboką – panuje w ich myślach i założeniach niepohamowany neomodernizm. Na rekolekcjach o powołaniu siedziałaś przerażona, gdy siostry entuzjastycznie wychwalały modernistycznych teologów z początku XX wieku, których największym powodem do sławy było, jak wiesz, to, że gwałtem za pośrednictwem Vaticanum II wepchnęli swoje herezje do Kościoła. Być może odwiedziłaś zakony słynące z zachowania pewnych artefaktów dawności, jak na przykład chorał gregoriański lub łacina, tylko po to, by odkryć, że zakonnice okazały się zaangażowanymi  rewolucjonistkami  poświęcając swój dom zakonny opracowywaniu frankensztajnskiej „syntezy reformowy-reformy”,[1] nakładając jak plaster to, co zewnętrzne i tradycyjne na Nowy Paradygmat [Vat. II Red.]. Widziałaś zakonnice w starodawnych opactwach podchodzące do komunii świętej i wystawiające ręce przez kraty. Odwiedzałaś przepiękne XVI wieczne budynki z zakonnicami w pełni okrytymi habitami, które trzymały na stoliku w holu stos dawnych wydań The Tablet [liberalny tygodnik anglojęzyczny, odpowienik deonu lub Tygodnika Powszechnego Red.], a zakonnice te oburzały się na pytanie, czy kiedykolwiek używały starożytnego śpiewu [chodzi o chorał gregoriański Red.]. Wiesz, ich nie dające się zaśpiewać „nowe dźwięki” zostały napisane specjalnie dla nich przez  zaprzyjaźnionego muzyka w latach 70-tych.

Wiele nauczyłaś się o Wierze, a jeszcze więcej o wymiarze post-soborowego zniszczenia. W każdym miejscu, do którego trafiłaś, odkrywałaś w pokojach gościnnych stosy książek napisanych przez wspaniałych i sławnych herezjarchów nowoczesnego Kościoła, albo było Ci wmawiane, że nie wolno Ci klękać po Komunii Św., ponieważ nie jest to „zwyczajem tego klasztoru”, aby nie być „nieposłusznym biskupom”. W trakcie rozmów z opatkami, przeoryszami lub mistrzyniami nowicjatu  wciąż byłaś pytana, czy korzystałaś w domowego nauczania[2] lub być może pochodzisz ze  „schizmatyckiego” środowiska. Wmawiano Ci, że „prawdopodobnie” nie masz powołania, ponieważ to, czego poszukujesz zostało zniesione. Byłaś oskarżana o romantyzowanie lub estetyczną nostalgię.

Zaczęłaś myśleć, „Może powinnam zostać zakonnicą na zasadzie zrób-to-sam [do-it-yourselfer][3]” i zaczęłaś badać trzecie zakony, a oczywiście odnalazłaś tam te same tendencje jakie są w reszcie Kościoła.

Usłyszałaś, szczególnie w czasie entuzjastycznych dni ery Jana Pawła II,  jak  wiele mówiono w Kościele na temat „życia w samotności” jako „powołania” [chodzi o tzw. powołanie do samotności Red.]. Te pienia zachwytów bardzo Cię przygnębiały. Teraz jest już jasne, że twierdzenia te były nonsensem, natomiast w dzisiejszych czasach bardzo mało się o takim powołaniu słyszy. Dobrze wiedziałaś, że to żadne powołanie; a jedynie nagroda pocieszenia, pozycja obrana z góry przez tych, którzy nigdy nie zadali sobie trudu, by odkryć, czy w ogóle mają jakieś powołanie. Zadałaś nawet raz pytanie, „Jak to może być powołaniem, jeśli nie da się tego wybrać, jeśli jest to coś, co do Ciebie przylgnęło”.  I spotkałaś się z milczeniem.

Przez lata zmagałaś się z myślami na temat różnych wspólnot związanych z FSSPX [Bractwo św. Piusa X.], ale po prostu nie mogłaś tam pójść. „Extra ecclesiam nulla salus” [Nie ma zbawienia poza kościołem Red.],[4] wciąż pojawiało się w twoich myślach. Co, jeśli ich „teoria” o jurysdyckji zastępcznejjest błędna? [5] Czy chcesz postawić swoje zbawienie na tę kartę?

Na końcu musiałaś się poddać. Czujesz się jakbyś brała rozwód, to „małżeństwo” [chodzi o odczuwanie powołania Red.] nigdy nie było dobrane, ale nie można było temu w żaden sposób zaradzić.  Zdałaś sobie sprawę, że okienko się zamyka i po prostu nie ma dokąd pójść. Brakuje także czasu. Górna granica wieku, wiesz. Formacja zakonna wymaga młodego i podatnego charakteru, a Ty zdajesz sobie sprawę, że gorycz i wzmagający się ból jaki rozrósł w czasie Twych poszukiwań [właściwego zakonu] ostatecznie Cię zatruły. Mordęga przemarszu poprzez cuchnące teologiczne i liturgiczne bagno nowoczesnego Kościoła pozostawiło Cię wystraszoną i przerażoną, stałaś się ostrożna i przezorna oraz tą, która wie zdecydowanie za wiele. Zdałaś sobie sprawę z tego, że zostałaś pozostawiona w takiej sytuacji, że ostatecznie, nie jesteś mentalnie ani emocjonalnie zdolna do przyjęcią  czegokolwiek, co jakokolwiek wspólnota miałaby Ci do zaoferowania.

Czas mijał. Zegar tykając wybijał przeszłość. Odkryłaś, że być są jakieś miejsca [z prawdziwymi zakonami] we Francji, ale zdałaś sobie sprawę, że nie dasz rady dostosować się zarówno do  rygorów życia zakonnego jak i do innej kultury i innego języka. Ostatecznie, przepłynęłaś przez swoje lata czterdzieste, wciąż zajęta, zdając sobie sprawę, że wciąż masz w sobie to jedno pragnienie, bez nadziei na spełnienie.

Tak więc, odwróciłaś się od niego i skoncentrowałaś się na innych sprawach starając się odnaleźć pocieszenie w dobrze wykonywaniu pracy lub w niezależnym życiu modlitewnym. Ale między Bogiem a prawdą w jakiś sposób czujesz się samotna i niespełniona, niedokończona. Wciąż nie pragniesz niczego, co oferuje świat, nie dbasz za bardzo o światową karierę, pieniądze, a nawet nie chcesz małżeństwa i dzieci. I okazało się, że to stare dokuczanie [powołania] nie zniknie i nie będzie słuchało rozumu.

Jestem przekonana, że istnieje cała kohorta demograficzna ludzi,[6] która urodziła się w niewłaściwym czasie dla życia zakonnego, a czuła bezbłędnie swoje powołanie na długo przed jakąkolwiek oznaką „odrodzenia” [Kościoła]. Najwłaściwszy wiek do wstępowania do zakonów osiągnęłyśmy pośrodku Wielkiego Upadku. W latach 80-tych i 90-tych byłyśmy po 20-tce, zatem w możliwie najgorszym okresie. Życie zakonne – życie złożonych ślubów i podporządkowane trzem „ewangelicznym radom”: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa – jest czymś  odwiecznym w Kościele, częścią jego istotnej budowli. To nigdy w całości nie zaniknie. Ale w naszych czasach Wielkiego Zepsucia Eklezjologii nie wydaje się, by ktokolwiek myślał o tym za wiele. Ze strasznym kryzysem zmieniającym się w powszechny stan zagrożenia, ożywienie tradycyjnego życia zakonnego wydaje się być dalekie od czyichkolwiek przemyśleń.

Od lat 90-tych życie zakonne w niektórych miejscach, głównie w USA, zdaje się ponownie lekko odżywać. Ale w czasach, w których kurz po asteroidzie Waticanum II zdążył już opaść i wielkie dinozaury umarły lub zdążyły już wymrzeć, mali ocaleni zaczęli wychodzić z ukrycia i z powrotem kolonizować, a nawet prosperować.[7] Jednak my byłyśmy wtedy już po trzydziestce lub czterdziestce, przez co okazałyśmy się wykluczone z tego małego „odrodzenia”.

Mówiąc krótko, gdy byłyśmy w najodpowiedniejszym wieku, nie było dokąd pójść, a kiedy pojawiły się  miejsca, do których możnaby się udać, powiedziano nam, że jest już dla nas za późno.

Pamiętam, jak miałam 6 lat, w 1971 roku, kiedy po raz pierwszy powiedziałam swojej mamie, że chcę zostać zakonnicą. Otrzymałam małą książeczkę dla dzieci o jakiejś średniowiecznej księżniczce, która przebierając się w szaty służki wykradała się wczesnym rankiem z zamku, aby zanieść jedzenie i dary biednym. Ta historia mnie urzekła. Dowiedziałam się o św. Klarze i o św. Scholastyce. Miałam w swoim pokoju obrazki Dziewicy Maryi oraz malutką statuetkę św. Teresy poukładane na kredensie, tworzące ozdobny ołtarzyk. Cały czas o tym rozmyślałam, czytałam książki i odmawiałam Różaniec, z o wiele większym poświęceniem i nabożeństwem niż kiedykolwiek byłam zdolna wykonać to jako dorosła.

dokument27Wszystkie katolickie dziewczynki przechodziły przez ten etap, a ja wciąż rozmyślałam o tym w trakcie moich „utraconych lat” pomiędzy 15 a 25 rokiem życia. Nigdy w tamtym czasie nie wspominałam o tym, ale było to we mnie. Kiedy w końcu rozpoczęłam powrót do praktykowania wiary, dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe zmagania. Zaczęłam dostrzegać, że Kościół w pewnym sensie jest w rękach wroga, wspaniałe miasto okupowane przez wrogiego najeźdźcę zdeterminowanego wymazać chwalebną przeszłość. A pierwszym, co zniszczył i to naprawdę całkowicie były zakony. Po trzydziestce usilnie poszukiwałam [właściwego zgromadzenia Red.] i wtedy dowiedziałam się, że dzieło destrukcji było kompletne, wszędzie dewastacja. Prawdą jest, że były małe kiełki, wychodzące spod warstwy popiołu, ale było ich mało i były bardzo delikatne, bezbronne i łatwe do zranienia. Tu i ówdzie jakiś biskup zezwala na zakładanie wspólnoty zakonnej i pozwala jej wzrastać, tylko po to, by mogła ona stwierdzić, jak po usunięciu biskupa założyciela tej wspólnoty zastępowany jest on biskupem „postępowym”, którego tolerancja [względem zakonów żeńskich Red.] obejmuje jedynie powrót do lat 1970-tych.[8] Działo się  tak regularnie:  wspólnoty zakonne były akceptowane przez jakiś czas w jednym miejscu, a kończyło się tym, że przepędzano je po wioskach, lasach i miastach w celu poszukiwaniu nowej bezpiecznej przystani. Jakieś 13 lat temu, zbierałam dane do książki [na temat żeńskich zgromadzeń zakonnych Red.] opisującej tamte czasy. W czasach późnego Jana Pawła II, zauważano odradzanie się tradycyjnych form życia zakonnego. Spędziłam rok na badaniach. Odwiedzałam wspólnoty zakonne, jeździłam na konferencje i korespondowałam z zakonnicami. Ale całe te badania ukazały mi, że właściwy czas jednak jeszcze nie nadszedł; nie mogło być prawdziwego powszechnego odrodzenia życia zakonnego dopóki nie dojdzie do prawdziwego odrodzenia Wiary jako takiej. Nie wydarzy się to do chwili, w której biskupi, kardynałowie oraz papież nie opuszczą formalnie ścieżki zniszczenia Kościoła rozpoczętej od 1965 roku. I jak widzimy od tamtego czasu nic takiego się nie ma miejsca.

Odkąd  porzuciłam poszukiwania [zakonu dla mnie Red.] – w szczególności w ciągu ostatnich trzech lat – rośnie we mnie przekonanie, że Novus Ordo oraz cały ten deuterowatykanizm nie był jedynie katastroficznym błędem, ale najprawdziwszym kwasem-rozpuszczalnikiem rozkładającym autentyczy Katolicyzm, a w szczególności życie zakonne. Tkwij w tym wystarczająco długo, szczególnie bez pełnej świadomości jego [deuterowatykanizmu Red.] złowrogości , a zaczniesz rdzewieć i rozpuszczać swoją wiarę. Obserwowałam rezultaty z pierwszej ręki w jednej z bardzo znanych „konserwatywnych” wspólnot religijnych. Jeśli nie wiesz, jak go [scil. deuterowatykanizm] zwalczyć, pożre Ciebie.

Teraz troszkę zaprzeczę samej sobie. Spotkałam wiele dobrych zakonnic. Odwiedziłam wiele dobrych zakonów i słyszałam od wielu osób, którzy odwiedzili i nawet wstąpili do tych „konserwatywnych” zakonów Novus Ordo, a którzy zachowali swoją wiarę.  Od kiedy porzuciłam poszukiwania – ostatnią wizytę odbyłam w 2007 roku – zmieniła mi się w jakiś sposób moja ponura ocena z 2003 roku. Być może możliwym jest zachowanie wiary zarówno w swojej własnej duszy oraz we wspólnocie jako takiej z Mszą Novus Ordo i [posoborować] liturgią. Ale aby tak się stało, muszą zaistnieć jakieś nadzwyczajne łaski. I prawdopodobnie trzeba mieć zwykłe głupie szczęście.

Odwiedziłam niewielką liczbę wspólnot zakonnych w świecie Novus Ordo, które, jak wierzę, promieniują niewinną prostotą, przy której demony ostać się nie mogą oraz niewiele mogą uczynić, aby ją zniszczyć. Muszą być zapewnione odpowiednie warunki; najważniejsze jest, aby biskup nie prowadził celowej kampanii niszczenia zakonnic w swojej diecezji, tak jak heretycki kaznodzieja-eneagramu Remi de Roo w Victorii, gdzie dorastałam.

Zakonnice, posiadające tą nadprzyrodzoną ochronę, to, jak wierzę, te, które w pierwszej kolejności przylgnęły do prawdziwego charyzmatu swojego zgromadzenia  – przewodniej iskry swych założycieli,  św. Benedykta, św. Franciszka lub św. Klary lub św. Teresy z Avila. Są tymi, a jest ich mało, które w cichości i uprzejmości przeciwstawiły się staraniom podważenia swojego pierwotnego charyzmatu i pierwotnej reguły.

Te zakonnice trzymały się swoich pierwotnych źródeł. Zakon Wizytek (Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny) utworzony przez św. Joannę Franciszkę de Chantal w XVII wieku, przepisał swoją konstytucję w latach 80 i tak dalece, jak mogę to ocenić, był to zgubny krok. Oryginalny tekst konstytucji, napisany przez św. Joannę i jej mentora św. Franciszka Salezego, jest żywym testamentem wiary i porywającym wezwaniem do uzbrojenia się przeciwko heretyckim trendom tamtych dni; pomnik Trydenckiej Anty-Reformacji. Natomiast nowe konstytucje brzmią jakby były napisane przez komitet – co bez wątpliwości jest prawdą – którego głównym zainteresowaniem było nieobrażanie wrażliwości biskupów, zapalonych „implementacją” Soboru Watykańskiego II.

Wspólnoty, które przetrwały, były mało zainteresowane wzlotami i upadkami w dziedzinie polityki kościelnej. Są skoncentrowane na swoim życiu modlitewnym i, przez większość czasu, nie korzystają z internetu i telewizji. Ich lektura duchowa składa się z życiorysów i piśmiennictwa świętych, a one same zachowały swoją pobożność w szczególności do Naszej Pani-Maryji. Są zakonnicami, Biednymi Klaryskami, Karmelitankami, Dominikankami, przeżywającymi życie zgodnie z zasadami i konstytucjami ustanowionymi przez ich założycieli, które nie oglądają się na prawo i lewo realizują cele autentycznego zakonnego życia.

Myślę, że oddane, proste i niewinne swego rodzaju nabożeństwo do charyzmatu i reguły założyciela,  może na jakąś chwilę działać jak tarcza przeciwko jak rdza przeżerającej sile posoborowego anty-katolicyzmu, ale zdarza się to ekstremalnie rzadko i nie starcza na zawsze. Trzeba wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy, niewinność często idzie w parze ze zwykłą ignorancją wiary, a to musi otworzyć na błędne wierzenia i praktyki liturgiczne. (Dla przykładu wspaniałe Siostry Biednej Klary [Klaryski] w moim mieście [t.j. w Nursji] zdecydowały w tym roku pójść do przodu i samemu śpiewać Exsultet [Orędzie paschalne] na ich Wigilii Paschalnej. I nie próbuj zapytać takie niewine zakonnice, o moralną dopuszczalność zapłodnienia in vitro.)

Co więcej, bardzo rzadko zaobserwowałam tę święta ochronę w aktywnych zgromadzeniach. Wydaje się to być wyłącznym fenomenem zakonów stricte kontemplacyjnych.

Zakonnice są wyjątkowo narażone na zepsucie poprzez hierarchię i kler, ponieważ są uzależnione od księży, aby otrzymywać sakramenty oraz od biskupa, aby zachował je w swojej diecezji. Nawet te zakony, które preferują tradycyjny ryt albo zdążają w jego kierunku, stają w obliczu hierarchii, która woli, by wymarły niż pozwoli im powrócić do przedsoborowych rozwiązań. Ta podatność na wpływy i zależność [od męskiej hierarchi] jest być może główną przyczyną, dla których na stronach internetowych podających listy „zakonów tradycyjnych” przeważa długa lista męskich wspólnot, stowarzyszeń kapłańskich i zakonników nad bardzo nieliczną żeńską listą.

Mogę policzyć na dłoni jednej ręki wspólnoty zakonne w USA, które przylgnęły wyłącznie do tradycyjnego rytu liturgicznego. A jest ich jeszcze mniej w Kanadzie, Brytanii, Australii lub gdziekolwiek indziej w krajach anglojęzycznych. Jest tylko jeden dom Redemptorystek, o którym wiem w Południowej Ameryce oraz garść domów Benedyktynek we Francji i Niemczech, które stosują formy tradycyjne w całej swojej całej liturgii. Jest jeden w dom Hiszpanii, nie ma żadnego we Włoszech (no chyba, żeby policzyć Siostry Franciszkanki Niepokalanej, żeńską gałąź niestłumionych Braci Franciszkanów Niepokalanej). Oczywiście wszystkie wymienione powyżej zgromadzenia mają limit maksymalnego wieku  35 lat.

Tak więc powracam do pytania, co samotna panna w pewnym wieku może zrobić. Myślę, że jest nas całkiem sporo oraz zastanawiam się nad tym głębiej od kiedy zaczęłam otrzymywać emaile i wiadomości od kobiet pytających o to, co powinny zrobić ze swoim powołaniem. Niektóre z nich są na dalekim końcu limitu okienka wiekowego i odkrywają te same rzeczy, które ja odkryłam [ja]. Głównie to, że naprawdę prawie nie ma dokąd pójść.

Kluczem do odpowiedzi na pytanie, jest zapytanie o właściwy cel życia zakonnego. W jaki sposób jego jego struktury – i wszystkie powiązane z nim przedmioty i zwyczaje takie jak habit i chorał gregoriański – współpracują ze sobą, aby osiągnąć ten cel? Jak już znajdziemy na to odpowiedź, następnym pytaniem będzie możliwość osiągnięcia tego celu, poza wspierającą nas strukturą klasztoru i życia zakonnego. Czy cel ten jest realizowalno-osiągalny dla samotnej osoby żyjącej i pracującej w świecie?

Być może odpowiedź  na to pytnie, można znaleźć  w przeszłości, wśród tysięcy, którzy porzucili życie w mieście w III i IV wieku aby żyć we wspaniałych „laurach”[9], luźnych wspólnotach pustelników – doświadczając Boga w samotności, ale ze wsparciem starszych [doświadczeniem pustelników]. Są dowody na to, że ludzie postępują w ten sposób, przeważnie na własną rękę, poza radarem i nadzorem biskupów.

Nieco ponad rok temu złożyłam moją ostateczną oblację (takie jakie mają miejsce w Trzecim Zakonie lub przy świeckiej przynależności do zakonu) w klasztorze św. Benedykta w Nursji. Jest to nowo założony klasztor składający się głównie z amerykańskich mnichów, wspólnota przeszczepiona do Włoch, która jest oddana danej Wierze, na podobieństwo takich miejsc jak klasztor Clear Creek  w Oklahomie lub Le Baroux we Francji.

Pierwotnie przybyłam tutaj w poszukiwaniu kierownictwa duchowego, odpowiedzi na dokładnie takie pytanie: „Co powinnam zrobić?” I oblacja  była jedną z otrzymanych sugestii. Żyję już tutaj jakieś 19 miesięcy i wciąż usiłuję odnaleźć odpowiedź. Nie rozgryzłam jeszcze tego w całości. Ale mam propozycję. Od kiedy stało się to oczywistym, że są gdzieś tam inni ludzie, którzy mają podobne doświadczenia do mnie i chcą o tym rozmawiać, zaczynam myśleć o zrobieniu czegoś bardzo nowoczesnego. Utworzyłam grupę na facebook’u, tak więc można zacząć dyskusję na temat co może zostać zrobione. Ci, którzy chcą porozmawiać o sprawach w tym temacie mogą zażądać dostępu do grupy tutaj.

Nikt inny tego za nas nie rozwiąże. Być może, możemy pomóc sobie nawzajem.

 dokument33

[1] Mowa u ruchu po Summorum Pontificum polegającym na reformy liturgii posoborowej tak, by była ona godna i „naprawdę odpowiadające zamysłom Soboru”.

[2] Homeschooling to możliwa w USA i ostatnio też w Polsce opcja nieposyłania dzieci do szkoły i uczenia ich w domu. Osoby bo homeschooling uchodzą za wyizolowane ze świata, pochodzące z lasu, nawiedzone etc.

[3] So-it-yourselfer to ktoś, kto robi wszystko sam. Sieje, orze, piecze chleb, reperuje traktory, sprawia zwierzynę etc. Ciekawy kraj, ta Kanada!

[4] Chodzi o to, że zdaniem autorki Bractwo św. Piusa X, jak niererularne kanoniczne, znajduje się poza hierarchicznym Kościołem i dlatego jest poza Kościołem.

[5] Patrz nasz wpis: https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/02/23/dzieje-grzechu-lub-o-tym-ze-bractwo-sw-piusa-x-nie-jest-ratunkiem-kosciola-20-z-22/  https://wobronietradycjiiwiary.com/2015/02/28/kard-gousset-teologia-moralna-o-jurysdykcji-spowiedzi-1-z-8/

[6] Termin kohorta stosowany jest w statystyce i oznacza „zbiór obiektów, najczęściej ludzi, wyodrębniony z populacji z uwagi na zachodzące jednocześnie dla całego zbioru wydarzenie lub proces w celu przeprowadzenia analizy. Kohorta powinna być wyodrębniona na podstawie istotnych statystycznie cech i jednorodna pod ich względem. Badania z użyciem kohorty zwane są badaniami kohortowymi.” Zatem kohorta demograficzna, to populacja o pewnych cechach, w tym wypadku straconego powołania.

[7] Aluzja to kolonizacji ziemi przez małe ssaki po wymarciu dinozaurów na skutek uderzenia asteroidy w ziemię.

[8] Chodzi o powrót do okresu najgorszych posoborowych eksperymentów na Zachodzie.

[9] Osadach pustelników.

Tradycja i Wiara – Subskrypcje

Automatyczna

7 dniowy okres próbny, karta kredytowa lub debetowa

Miesięczna – 29,90 zł Roczna – 299 zł

Przelewem

Wpłata z góry na konto

3 miesiące – 90 zł 6 miesięcy – 180 zł 12 miesięcy – 330 zł

Rodzinna

Do 6 osób, karta kredytowa lub debetowa

Miesięczna – 49,90 zł Roczna – 499 zł

Z możliwością wydruku!

Zarejestruj się!

Pełen dostęp do treści i komentarzy dla subskrybentów. Zostań subskrybentem i przejdź do Rejestracji.

 


Nasze subskrypcje

Miesięczna

Indywidualna

29,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Roczna

Indywidualna

299 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subkskrybuj

Rodzinna miesięczna

Do 6 osób

49,90 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Rodzinna roczna

Do 6 osób

499 zł

7 dniowy bezpłatny okres próbny
Subskrybuj

Przelewem za 3 Miesiące

Indywidualna

90,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Przelewem za 6 Miesiący

Indywidualna

180,00 zł

Ustaje automatycznie, przełączenie przez administratora
Subskrybuj

Więcej
wpisów

%d bloggers like this: